Kojarzycie panią Katarzynę Bondę? Tak, tę przepiękną autorkę kryminałów o oryginalnym nazwisku? Przyznam szczerze, że nie przeczytałam ani jednej książki jest autorstwa. Żeby zacząć ją uwielbiać wystarczył mi pewien wywiad, którego kiedyś udzieliła dla Sensu lub Zwierciadła. Okazało się, że jest coś co nas łączy: dzieciństwo na wsi.

Pani Katarzyna powiedziała dziennikarce, że pochodzi z Hajnówki na Podlasiu i że jej warszawski narzeczony kazał jej wyrzucić kiedyś wszystkie ubrania, bo było po nich tę Hajnówkę znać. Zupełnie jak ze mną, pomyślałam wtedy. Kiedy jako dziewiętnastolatka przyjechałam do Poznania, moje ubrania też stały się sprane i niemodne.

To, co jednak najbardziej mnie urzekło w tym wywiadzie to niesamowita energia pani Katarzyny. Widać po niej, że to kobieta nie do zatrzymania i to był chyba pierwszy raz, kiedy uświadomiłam sobie, jak wiele człowiekowi daje dzieciństwo na wsi. Jakiego nam zaszczepia powera i hart ducha na całe życie, ile rzeczy nas uczy… No właśnie, a czego mnie nauczyło dzieciństwo na wsi? Zebrałam w tym wpisie dziesięć najważniejszych rzeczy.

No to jazda!

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie radości z małych rzeczy.

Moja babcia jest grubo po osiemdziesiątce, a potrafi jeszcze przyjść z kurnika i szepnąć Jeżyk! Ludzie ze wsi tak mają.

Jako dziecko cieszyłam się z tego, że jest ładna pogoda i można pobiegać. Z drożdżówki od babci, kupionej w poniedziałek, środę lub piątek od pana z szarej ciężarówki. Z niezapominajek i dzikich irysów nad rzeką. Z karmienia łabędzi, które zimą przypływały do nas nie wiadomo skąd. Cieszyłam się z tego, że mam dwie koleżanki – więcej mi nie było potrzeba. Do szczęścia wystarczyła jakaś odjazdowa kurtka po kuzynce raz na jakiś czas, a latem truskawki prosto z krzaczka. Dzisiaj uśmiecham się, kiedy śnieg wiruje pod latarnią, gołębie wiją gniazdo za oknem, w domu jest ciepła herbata a na stopach nowe skarpetki.

I żadne hygge nie zastąpi mi ciepłego rosołu pod plastikowym żyrandolem, kiedy razem z mamą szłyśmy z przystanku autobusowego, a wokół nas szalała zamieć. 500 metrów w 20 minut. Spróbujcie!

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie miłości do natury.

Mieszkanie na wsi oznaczało tyle, że z przodu domu było pole, z prawej łąka i las, z lewej krzewy bzu, za domem bagna, a za bagnami rzeka. Kiedyś poszłam tam na spacer wczesną wiosną i zobaczyłam sarnę przepływającą z jednego ośnieżonego brzegu na drugi. Czy widzieliście kiedyś coś takiego? A widziałaś dzika? A łosia? No właśnie.

Gdyby któreś z dzieci zniszczyło młode drzewka, czekała na nie sroga kara, ale i tak żadne tego nie robiło. Dorośli uczyli nas, że nie krzyczy się w lesie, bo można spłoszyć zwierzątka i nie zrywa się konwalii, choć piękne, bo są pod ochroną.

Nie uważałam tego za coś szczególnego dopóki nie zobaczyłam, jak dzieci drą się wniebogłosy i tłuką kijem po przydrożnych roślinach w Tatrzańskim Parku Narodowym. Dziś mieszkam w mieście i nadal dziwię się, że w maju wszystkie bzy są ogołocone z kwiatów a ludzie nie mają karmników dla ptaków. No bo po co im?

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie spędzania czasu samotnie.

Kiedy się ma mamę i tatę, babcię i dziadka oraz dwie koleżanki istnieje duża szansa, że wszyscy ci ludzie będą zajęci w jednym momencie. Nie wystarczyło wtedy wyjść za drzwi, by na klatce schodowej spotkać chłopaków z samochodami, a na podwórku trzepak i dziewczyny grające w gumę.

Wiecie, co mi najbardziej przeszkadza w życiu w mieście? Mieszkam obok lasu, ale kiedy idę na spacer nigdy nie jestem tam sama. Dla mnie to nie do pomyślenia, aby w lesie spotykać innych ludzi. Na wsi zawsze dało się znaleźć kącik nad rzeką lub ukochaną gałąź na drzewie, gdzie można było pobyć w samotności. Dziwnie tak mieszkać w miejscu, gdzie ludzi jest więcej niż drzew.

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie dystansu do chwilowych trendów.

To, co modne, dawno już takie być przestało, zanim dotarło do mojego Bullerbyn. Dzieciaki z klasy w wakacje odkrywały świat Pokemonów, Tazosów i gry w gumę, a my co roku chodziłyśmy po drzewach, robiłyśmy łuki i jeździłyśmy na rowerach. Skąd miałybyśmy znać coś innego?

Dzięki temu, że skończono emitować Zbuntowanego Anioła zanim choćby jednej z nas podłączono Polsat, wiem dzisiaj, że wcale nie muszę się we wszystkim orientować, żeby mieć fajne życie. Trochę się ze mnie co najwyżej pośmieją. A kiedy naprawdę czegoś chcesz, będzie cieszyło Cię tak samo nawet dziesięć lat za późno.

Dystans do trendów uratował mnie już w życiu nie raz – wystarczy wspomnieć, że marzyłam kiedyś o białych kozaczkach. Już rozumiesz?

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie rozpoznawania gatunków roślin.

Samo się tak jakoś nauczyło, że czeremcha kwitnie w maju a czarny bez to czarny bez. Dopiero na studiach odkryłam, że nie wszyscy to wiedzą i naprawdę mnie to zszokowało. Jak to tak, patrzeć na drzewa i widzieć… tylko drzewa?

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie, że nic nie przychodzi od razu.

Kiedy byłam mała obserwowałam długowłose dziewczyny w dżinsowych kurtkach. Patrzyłam jak chodzą z chłopakiem za rękę wieczorem, a za nimi stukają karnisze. Jak teściowie oddają im górę, a czasem tylko jeden mały pokoik. Jak z uśmiechem mówią, że odkładają. Pojawia się stary samochód, nowe dziecko, a po jakimś czasie ładniejsza narzuta. Potem on dostaje pracę na tirach i góra się remontuje, a ona idzie do pracy w Urzędzie Gminy. Starzeje się dom, ale młodnieje samochód i ich ubrania. Dziecko zostawia babcię i rośnie.

Wierzcie mi lub nie, ale to mnie uspokaja. To świadomość, że ziemia nosi i karmi nas wszystkich, nie tylko młodych, zdolnych i urodzonych pod znakiem Lwa. Sama jestem długowłosą dziewczyną w dżinsowej kurtce, a my przecież dajemy sobie radę. Czasami muszę po prostu poczekać. A może przeczekać?

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie sympatii i szacunku do starszych ludzi.

Na wsi każdy miał babcię i dziadka. Byli niejako wspólni i lubiło się ich, tak po prostu. Fajniejsi od rodziców, pilnowali nas, kiedy bawiłyśmy się nad rzeką a kanapki z ketchupem dawali wszystkim bez wyjątku. I ja ich lubię do dziś. Staruszków w windzie, wyprowadzających psy, obmacujących jabłka w Biedronce, jadących pociągiem i złorzeczących na oblodzone chodniki. Lubię też tych poznańskich, którzy tramwajem jadą zawsze tylko jeden przystanek.

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie witać ludzi z przytupem.

Przejście przez moją rodzinną wieś zajmuje 10 minut. Zdarza się, że w tym czasie mówię dzień dobry nawet kilkanaście razy. Przy każdym domu, po każdym kroku obracam głowę w prawo i w lewo. Patrzę uważnie, bo dzień dobry należy zakrzyknąć natychmiast po zauważeniu danej osoby, choćby z daleka. Jeśli nie odpowie – czynność należy powtórzyć, tyle że głośniej. Obowiązkowo podkreślić poprzez dotknięcie brodą do mostka.

Powiedziałam kiedyś dzień dobry sąsiadowi, który nie miał w zwyczaju zamykać za sobą drzwi od wychodka. Odpowiedział.

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie wszechstronności.

Pamiętacie ten wpis o mojej przyjaciółce? A bo widzicie,dziewczyny ze wsi taniec i różaniec mają w małym paluszku. W ciągu jednego dnia można przejść od mielenia tłustego mięsa na pasztet przy TVN Style poprzez rozpalanie ogniska jak chłopak i ćwiczenie z Chodakowską do pielenia grobów na cmentarzu oraz romantycznej randki przy świecach, z makijażem jak milion starych polskich złotych.

Lubię patrzeć na dziewczyny ze wsi w mieście, jak piszą kryminały jak pani Katarzyna, mówią po angielsku, przesiadują w kawiarniach i robią doktoraty. Wiem, że jak przyjadą na wieś to pozbierają ogórki, popilnują dziecka sąsiadce a po wszystkim napiją się piwa na dożynkach. Dziewczyny ze wsi mają po prostu powera.

Dzieciństwo na wsi nauczyło mnie radości z pracy fizycznej.

Pracuję przez 8 godzin dziennie przy biurku. Moja szefowa chyba czuje, co mi w duszy gra, bo jeszcze mnie nie przesadziła spod okna. A ja raz na godzinę patrzę przed siebie i myślę ale bym drewka powrzucała. No bo pomyśl tylko – masz górkę sosnowych szczapek na podwórku, a chodzi Ci o to, żeby ją mieć w szajerku. Drewka przyjemnie ciążą w ręku, barki rozluźniają się przy każdym zamachu a stara buda aż huczy, kiedy wrzucasz drewno do środka przez małe okienko. Cieszysz się, że to nie akacja, bo byłoby ciężej.

Czasami bierzesz plastikową łopatę i idziesz szurać nią o kostkę brukową, żeby tata mógł wjechać na podwórko. Machasz łopatą tak szybko, że śnieg wiruje na niej niczym woda w szklance. Czujesz, jak się z niej ześlizguje. Jest Ci zimno i ciepło jednocześnie.

Kończy się lato a Ty siedzisz na strychu stodoły sąsiadów razem z przyjaciółką. Zaraz będziecie wrzucać ziarka. Są śliczne, połyskujące i spadają z łopaty wprost pod Wasze nogi. Wy przesuwacie je jak najdalej w głąb ciemnego pomieszczenia.

Brakuje mi pracy wykonywanej dłońmi, której efekty widać od razu, a głowa jest przy niej czysta. Miałam taką tylko raz w życiu i do dziś, gdy chcę odpocząć, wyciągam żelazko.

A Ty skąd pochodzisz? Czego nauczyło Cię Twoje dzieciństwo? Może też wychowałaś się na wsi i zgadzasz się/nie zgadzasz się z tym, co napisałam? Koniecznie daj znać w komentarzu!