Przez bardzo długi czas martwiłam się, że coś jest ze mną nie tak ponieważ po wyborze, a nawet ukończeniu studiów nadal nie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Na studiach poznałam mnóstwo teorii, z których każda tylko utwierdzała mnie w poczuciu winy i strachu z powodu braku pomysłu na swoje dorosłe życie, choć trwa ono już od ładnych paru lat. Czułam się z tym okropnie zagubiona i totalnie niepewna, szczególnie kiedy obserwowałam jak moi znajomi spełniają swoje marzenia.

Problem polegał na tym, że próbowałam głównie wypisywania, zastanawiania się i chłodnych, intelektualnych metod. Nie za bardzo pomagały mi w odkryciu pasji, ponieważ – kiedy tak się głębiej nad tym zastanowić – pasja jest uczuciem i z racjonalnym wyborem ścieżki życiowej nie ma zbyt wiele wspólnego, przynajmniej na początku. Najpierw pojawia się żywe zainteresowanie daną dziedziną i chęć jej zgłębiania. Przełom w moich poszukiwaniach nastąpił wtedy, kiedy postanowiłam przyjrzeć się tym czynnościom, które do tej pory wywoływały sprawiały mi przyjemność, jakkolwiek nieefektowne mogłyby się wydawać. Okazało się, że jest ich cała masa! Przynajmniej miałam jakiś punkt wyjścia. 🙂

Kolejnym krokiem było coś, co nazwałam testem codzienności. Czy mogłabym wykonywać daną czynność codziennie lub prawie codziennie? Próbowałam tego z różnymi spośród moich zainteresowań, aby przekonać się, które z nich sprawiają mi najwięcej radości. Chciałam się też przekonać, w jaki sposób podejdę do niepowodzeń i trudności pojawiających się w trakcie ich zgłębiania. Czy zniechęcę się i odpuszczę? Czy będę się nimi przejmować? W przypadku wielu zainteresowań zapał po jakimś czasie wygasał lub przeszkody okazywały się nie do pokonania, ale wybór nadal nie był łatwy.

W tym miejscu utknęłam na bardzo długo. Zupełnie nie potrafiłam skupić się na jednej, dwóch czynnościach. Stresowało mnie to tak bardzo, że kompletnie zaprzestałam jakiejkolwiek aktywności w zakresie moich zainteresowań. Nie spodziewałam się, że właśnie to przyczyni się do rozwiązania zagadki. Za niektórymi spośród potencjalnych pasji tęskniłam, o niektórych zapomniałam natychmiast lub były mi obojętne. Jednak w przypadku jednej z nich czułam nieustanne, niewyjaśnione napięcie. Byłam podenerwowana, apatyczna i nieszczęśliwa – dopóki nie zajęłam się nią znowu. Dopóki nie zapisałam pierwszej strony.

Paradoksalnie, od zawsze kręciłam się blisko książek i chciałam pisać. Miałam tony noteso-pamiętników i prowadziłam hurtowe ilości blogów. Wydawało mi się to jednak zbyt oczywiste. Nie rozumiałam, że to takie same zdolności, jak u ludzi publikujących książki, zdobywających popularność jako blogerzy czy dziennikarze. Spodziewałam się, że pasja musi wyzwalać we mnie ogromne emocje. Tymczasem ona przez cały czas po cichutku była ze mną, a kolejne zapisane strony zawsze pojawiały się same nawet wtedy, gdy próbowałam przestać pisać.

Być może ja po prostu muszę pisać, żeby czuć się dobrze. I co najważniejsze, nie muszę już udawać, że o tym nie wiem.

Tak właśnie powstał ten blog.