A przynajmniej tak było w moim przypadku, choć wcale się nie spodziewałam. Po prostu zabrałam się za sprzątanie i impulsywnie oddałam się mojej ulubionej czynności – wyrzucaniu.

Głęboko wierzę, że sprzątanie i pozbywanie się przedmiotów ma symboliczne, jeśli nie magiczne działanie. Zarówno te potrzebne jak i bezużyteczne, oddziałują w jakiś sposób na nasz nastrój. Dlatego oto przed Wami moja subiektywna lista przedmiotów, bez których jest mi lepiej, których działanie szkodziło mi niczym czarna magia. Mam nadzieję, że zainspiruje Cię do usunięcia ich ze swojego domu lub sprawi, że sama odkryjesz to, o czym w głębi serca wiesz, że Ci nie służy.

Numer 1: Stare świece zapachowe

Poszły na pierwszy ogień. Niektóre miały nawet ładny zapach, być może nieco chemiczny, ale w końcu kupiłam je w Biedronce. Zapalałam je w mroczne poranki na poprawę humoru, czasami do obiadu, kiedyś nawet przy krojeniu kilku kilogramów papryki na leczo. Nie do końca zużyte, pokryły się kurzem i straszyły głębokimi kraterami w oblepionych stearyną szklanych ściankach. Zostawiłam tylko dwie – mandarynkowo-imbirową na Boże Narodzenie i lawendową, w pięknym słoiczku, od przyjaciółki, z którą nie rozmawiam od lat.

Resztę instynktownie postawiłam przy otwartym oknie, gdzie powoli dopalały się przez cały dzień. W płomieniach oczyszczały się nagromadzone przez zimę lęki, kłopoty, smutki, lenistwa i wrogie myśli. Zostały po nich tylko szklanki, ale te znajdą swoje miejsce na śmietniku.

Numer 2: Zużyte baterie

Wzdragam się na samą myśl o tym, że trzymałam je w domu tak długo. Ich aura musi być wybitnie negatywna. Choć kiedyś dawały energię, dzisiaj są jałowe, naładowane niczym więcej niż niebezpieczną chemią.

Być może czułam, że baterie to złośliwe stworzenia, które tylko czyhają na to, aby pochłaniać moc z otoczenia i dlatego trzymałam je w foliowej torebce na dnie szafy. Zostawiłam je w specjalnym pojemniku w osiedlowej Biedronce, gdzie mogą knuć niecnie w towarzystwie swych pobratymców.

Numer 3: Niepotrzebny sprzęt elektroniczny

Leżał w szafie spakowany już od jakiegoś czasu, tuż obok baterii. Jak one, znalazł swoje miejsce przeznaczenia w drugim Biedronkowym kontenerku. Nie wiem, czy to powszechne, ale ilekroć patrzę na te wszystkie kable, przyciski i ekraniki, czuję przymus, aby poderwać się z miejsca, podłączyć się do prądu i działać, działać, działać. Oczywiście nie mogłoby się to skończyć dla mnie dobrze.

Lubię być „off”. Chcę mieć dom, w którym duchy moich pradziadków mogłyby czuć się jak u siebie, w którym potrafiłyby pracować skrzaty, a ja mogłabym leżeć i bezkarnie czytać książkę.

Doprawdy nie wiem, skąd wzięło się w nim sześć niemal identycznych ładowarek, co najmniej tyle samo kabli USB oraz dlaczego nie pozbyłam się tego starego routera już dawno. Nie wspomnę już o popsutej ładowarce na akumulatory do aparatu fotograficznego i gratisowym kalkulatorze, który dostałam na jakimś kursie.

Numer 4: Zniszczone zimowe buty

Przypominają mi o tym, że z problemami należy radzić sobie dokładnie wtedy, kiedy się pojawiają. Nie chcę, aby zszargane kozaczki o wykrzywionych obcasach i wyślizgane botki zostały ze mną do następnej zimy. Mam zamiar iść przez ten rok wygodnie i lekko.

Ich miejsce jest w pojemniku na odpady zmieszane, ale chyba jednak je wyczyszczę i postawię obok. Być może komuś innemu zrobi się jeszcze przez nie lekko, choćby tylko na duszy.

Numer 5: Stare przyprawy i jedzenie

Zwyczaj trzymania torebek z przyprawami w plastikowym pudełeczku w szafce przejęłam od mojej mamy. Dla małej Marty były to niemalże sklepy cynamonowe, gdzie pośród korzennych zapachów i tajemniczych ingrediencji zawsze udawało się znaleźć paczuszkę z kisielem marki Gellwe. Jedyna różnica polega na tym, że ja mam jedno pudełeczko, a mama ma cztery.

Tak, jak przez moje okadzone okna wpada wszystko, co dobre, tak ja sama chcę przyjmować tylko to, co świeże i dobrze mi służy. Myśl o tym, że moje jedzenie to nie mnie będzie zabezpieczać przed głodem, ma w sobie coś kojącego. Przypomina o tym, że jest mi dobrze już teraz i że potrzebuję znacznie mniej niż mi się wydaje.

Wyniosę z szafki kaszę, do której od dawna nie możemy się przekonać i przyprawy, które zawsze przy gotowaniu omijam. Następnym razem kupimy wystarczająco, kupimy mniej.

Numer 6: Dawno nie używane kosmetyki

Większość do zadań specjalnych – a to uniosą włosy u nasady, a to spłycą zmarszczki i rozjaśnią przebarwienia, makijaż utrwalą czy oko podkreślą. Raz, góra dwa razy. Termin ważności dawno już im się skończył ale przecież szkoda wyrzucić, bo prawie pełne. Bo za pół roku kolejne wesele a któregoś ranka nabiorę magicznej ochoty na wykonywanie skomplikowanego makijażu i tak mi już zostanie na zawsze. Bo ładnie wyglądają w łazience, takie kolorowe i tak ich dużo.

Aż w końcu przejrzałam – na oczy i pudełka z kosmetykami. Wyrzuciłam, co trzeba, a reszty zamierzam używać. Wszystkich, a co! Idzie wiosna i nie będę już oszczędzać na ładnym wyglądzie. Ani na co dzień, ani od święta.

 

Jak to jest z Wami? Lubicie sprzątać, planujecie wiosenne porządki czy może to w ogóle nie jest w Waszym stylu? Czego najchętniej się pozbywacie? Dajcie znać, dobrych zaklęć nigdy za wiele. 🙂

Miłego tygodnia!