Już tak mam, że lubię różnego rodzaju nowinki i nietypowe patenty. Jestem pierwsza do testowania mieszanek, ćwiczeń, kosmetyków i wcierek a na blogach z przepisami potrafię zniknąć na kilka godzin. Pośród przydatnych rzeczy, które warto wprowadzić do swojej codziennej rutyny jest też cała masa tych totalnie absurdalnych, śmiesznych – nawet jeśli skutecznych – które można robić dla zdrowia oraz pięknego wyglądu. Wiele spośród tych sytuacji to zresztą nie tyle podążanie za nowinkami z Internetu co rezultat mojej własnej kreatywności. Jesteś ciekawa, na jakie genialne pomysły wpadłam? Albo czy ta wariatka, którą widziałaś trzy lata temu to ja? Bardzo prawdopodobne – oto najzabawniejsze rzeczy, jakie robiłam dla zdrowia i urody.

Uprawiałam jogging wokół stołu w jadalni moich rodziców.

Na dworze było zimno, a poza tym ta opcja posiada jedną niezaprzeczalną wadę – jest na dworze. Po co się trudzić skoro całkiem wygodnie można spalać kalorie i dbać o zdrowie w domu? Z tego, co pamiętam to dystanse pokonywałam całkiem niezłe, na szczęście jednak szybko mi się znudziło – w przeciwnym razie mogłabym wydeptać w panelach podłogowych elegancką bieżnię. Moi rodzice do dzisiaj nic nie wiedzą.

Piłam herbatkę z żelatyną.

Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że nie ja jedna – to akurat wyszperany w Internecie patent na zdrowe stawy i piękną cerę. O dziwo, smakowała nawet nieźle, ale pomysł upadł jeszcze szybciej niż poprzednie. Okazało się, że zamiast pięknej cery żelatyna powoduje u mnie zaostrzenie trądziku. Szkoda, był to bowiem jeden ze zdecydowanie smaczniejszych napojów, jakie wlewałam w siebie dla zdrowia. W przeciwieństwie do tego z punktu następnego.

Przyrządzałam zdrowotne ziołowe mikstury na zimno.

Dbanie o swoje zdrowie rozpoczęłam wcześnie – już w gimnazjum. Wymyśliłam wtedy cudowną miksturę, która miała łączyć zbawienne właściwości różnych herbat i ziół. Siła tkwi w prostocie, prawda? Cóż mogło być łatwiejszego niż wrzucenie po jednej torebce z wszystkich dostępnych w domu herbat do butelki wody mineralnej, potrząśnięcie nią i popijanie paskudztwa z przyklejonym do twarzy uśmiechem? Posunęłam się nawet do częstowania moją nalewką znajomych i naprawdę doceniam tych, którzy odważyli się tego spróbować.

Próbowałam zarazić moją pasją do zdrowego stylu życia mojego chłopaka.

Przygotowywałam mu zatem takie frykasy jak potrawka z kurczaka z dodatkiem siemienia lnianego (która w efekcie skłaniała się raczej w kierunku rozmokłej galaretki) oraz kasza jęczmienna z pieczarkami gotowanymi na parze. Żadnych innych składników w tym daniu, nawet przypraw. Szymon do dzisiaj nie rusza pieczarek w żadnej postaci – na całe szczęście nie nabrał awersji do kurczaka bo miałabym ogromny problem z zakresu co ugotować na obiad.

Prasowałam ubrania laptopem.

Niech nikt Ci nie wmawia, że do prasowania służy tylko żelazko! To akurat robiłam dla urody, nie dla zdrowia – ze zdrowiem (psychicznym) to akurat nie ma nic wspólnego. Co masz jednak zrobić, kiedy nocujesz poza domem, nie masz żelazka, a wybrana na następny dzień bluzka jest cała pognieciona? Nie było opcji, żeby po prostu machnąć na to ręką. Na szczęście w takiej sytuacji można ją po prostu rozłożyć płasko na podłodze i przytrzasnąć czymś ciężkim i płaskim. Laptop oraz znaleziony gruby notatnik były idealne. Zostawiona tak na noc bluzeczka z wiskozy do rana odzyskała wdzięk i czar. Polecam!

Spałam w odciętym od bluzy kapturze.

Genialny pomysł podpatrzony na blogu jednej z włosomaniaczek. Mówię to bez cienia ironii – taki czepeczek chronił pościel od zabrudzenia, kiedy szłam spać z nałożonym na włosy olejem. Wszystko byłoby zatem piękne gdyby nie fakt, że czepeczek był zrobiony z kaptura, odciętego od starej bluzy z Rock Metal Shop wraz ze ściągaczem. Wyobraźcie sobie córkę amisza, która postanawia wstąpić do Ku Klux Klanu. Dokładnie tak wyglądałam.

Roztaczałam się wokół siebie woń rosołu.

Chodzi oczywiście o wcieranie w skórę głowy naparu z kozieradki, który fenomenalnie wpływa na wzrost oraz ograniczenie wypadania włosów. I tylko ten zapaszek – trochę jak kostka rosołowa, trochę jak curry. Na drugi dzień od zaparzenia nieco jak mocz. Poezja.

Na całe szczęście żadne z tych przeżyć nie uleczyło mnie z poczucia humoru – dobrze jest samemu dostarczać sobie okazji do śmiechu.

A Ty jakie urodowo-zdrowotne wpadki masz na swoim koncie?

P.S. Trzymajcie kciuki, żeby mój katarek minął do majówki. Oraz do jutrzejszej wizyty u fryzjera, która głupio mi przekładać po raz kolejny. Mam nadzieję, że nie kichnę gwałtownie akurat wtedy, kiedy fryzjerka będzie trzymać nożyczki na kosmyku moich włosów…