Jest coś, czego o mnie nie wiecie. Bardzo tęsknię za rodzinnym domem. Domem, który jest prawie trzysta kilometrów ode mnie. A w nim miejsca znane od podszewki, przytulne kąty i moja rodzina. Dziadkowie. Tata. Mama. Ale nie zawsze tak było.

Był czas w moim życiu, kiedy ciężko było mi się z nimi dogadać. Nie chciałam, żeby ktoś mi mówił, że jestem podobna do kogoś i po kimś mam charakter. Bezustannie czułam, że moja rodzina, wszystkie te kobiety, gdzieś tam we mnie tkwią i przesłaniają to, kim jestem. Chciałam poczuć się odrębna – sama – a zamiast tego miałam wrażenie, że jestem jak Frankenstein. Poskładana z cudzych wspomnień, cudzych cech i schematów.

 

Po wielu latach zmagań z nimi i sobą samą wreszcie zrozumiałam, że przecież dokładnie tak ma być.

Tak długo, jak próbowałam opierać się podobieństwu do kobiet z mojej rodziny, miałam wrażenie, że dostaję po nich w spadku tylko to, co złe. Te same problemy, trudne cechy, rozczarowania. Kiedy się poddałam, mogłam zauważyć ogrom dobra, który kryje się pod tym wszystkim. Bogactwo wzorów do naśladowania, pozytywnych historii, pięknych wspomnień, dobrych rad, wiedzy i umiejętności. Wszystko to, co było zbierane przez pokolenia i tkwiło we mnie jak moja życiowa wyprawka brałam za poczucie bycia zawłaszczoną. Zrozumiałam wtedy, że moja tożsamość nie będzie gorsza przez to, że będzie współdzielona z moją rodziną. Może jedynie zyskać przez to, że będzie mieć korzenie. Samolubnym i głupim z mojej strony było zakładanie, że muszę do wszystkiego dojść sama.

Kiedy pozwoliłam sobie korzystać z tego, czego nauczyłam się od mojej mamy i innych kobiet z mojej rodziny, dotarło do mnie również, że to ode mnie zależy, co z tego wszystkiego przekażę dalej. To, czy przyjmę od nich wszystko czy wprowadzę w nasze rodzinne doświadczenia coś nowego. Mogę wybrać, co chcę zostawić, a z czym się pożegnać.

 

Co zatem postanowiłam wziąć z tego dla siebie? Czego tak naprawdę nauczyłam się zatem od mojej mamy? Za co jestem wdzięczna, z jakich części rodzinnej historii jestem dumna?

 

Numer 7: Nauczyłam się od mojej mamy… smykałki do tworzenia czegoś z niczego

W mojej rodzinie kobiety były i są kreatywne. Nie ma znaczenia, czym tak naprawdę się zajmują – eksperymentować będą przy tym zawsze. W moim domu kompletną normą było to, że mama przynosi do domu kawałek materiału i w jedno popołudnie sama wymienia tapicerkę w meblach. Dania obiadowe powstające z połączenia dwóch, a nawet trzech przepisów to domena nas obu. Różnorakie przetwory, dekoracje ze skrawków i resztek niewiadomego pochodzenia – wszystko to przerabiałyśmy nieustannie. A także opowieści o tym, jak pięknie szyła moja prababcia, przed wojną pracująca jako pokojówka we dworze.

Mama pewnie uśmiechnęłaby się i powiedziała, że kiedyś po prostu było bez tego ciężko. Prawda jest taka, że teraz też jest ciężko bez kreatywności i wyobraźni. Może nie muszę szyć ani kombinować z przetworami, ale dzięki temu, czego nauczyłam się od mojej mamy mogę rozwiązywać też inne problemy. Pokonywać wyzwania w pracy, w nieszablonowy sposób podchodzić do konfliktów, wyszukiwać nowe tematy na bloga. Nie tracić ducha i tworzyć. Jestem im za to wdzięczna.

 

Numer 6: Nauczyłam się od mojej mamy… że mniej znaczy więcej

Odkąd pamiętam pierwsze, co robiła moja mama po kupnie nowej bluzki to odpruwanie wszelkich aplikacji, cekinów i innych ozdóbek. Miało być prosto, skromnie i elegancko. Tylko biżuterię lubi dużą, jakby na przekór swojej filigranowej postaci – ale zawsze z umiarem. Ciągle powtarza mi, że nie ma co wyglądać jak choinka. I to mi gdzieś pod skórą zostało.

Mama nie nosi makijażu a i tak wygląda na jakieś piętnaście lat mniej niż ma. Kiedy na nią patrzę myślę o tym, że w prostym otoczeniu prawdziwa uroda kobiety rozkwita najpełniej. Im mniej ozdób na zewnątrz tym więcej blasku bije z wewnątrz. Piękne i prawdziwe.

Ta zasada nie odnosi się jednak tylko do ubrań. U nas w domu zawsze szanowało się rzeczy. Nie kupowało się milionów wersji tego samego. Nie było nowych rzeczy póki nie zniszczyły się stare a niszczyły się powoli, bo o wszystko się dbało. Dopiero tydzień temu zepsuł się odkurzacz – posagowy. Dostałam go po rodzicach kiedy szłam na studia, nadal działa też odziedziczone po nich stare żelazko. Nauczyłam się od mojej mamy, jak zachować w życiu umiar i to, że tak naprawdę mamy już wszystko, czego potrzebujemy. Za to też jestem jej wdzięczna.

Numer 5: Nauczyłam się od mojej mamy… pracowitości

Nie jestem pewna, czy pracowitość to cecha czy zachowanie. O 6.00 rano w poniedziałki jestem tak daleka od tego, aby z zapałem iść do pracy jak tylko się da. Ale przecież tak samo musiało być z moją babcią, kiedy opiekowała się piątką rodzeństwa i jako kilkuletnie dziecko chodziła na roboty do Niemców w czasie wojny jako jedyna osoba z rodziny, którą można było wysłać. Tak samo musiało się nie chcieć mojej mamie, kiedy jako młoda dziewczyna pomagała rodzicom w gospodarstwie, a potem pracowała, wychowywała mnie i kończyła studia magisterski.

Nauczyłam się od mojej mamy tego, że nic nie przychodzi samo, ale też że włożona w coś praca na pewno się opłaci. Nauczyłam się tego, że sobota to dzień sprzątania, że w pracy się stara, uczy się pilnie i gotuje domowe obiady. Nauczyłam się nie odpuszczać prasowania i pracy, na której się nie znam jeśli trzeba. Odśnieżania, malowania ścian, wrzucania drewna do drewutni. Dzięki nim wiem, że praca jest w życiu czymś zwyczajnym i normalnym. Dobrym, bo pozwala osiągnąć nasze cele i spełniać marzenia, jakiekolwiek by one nie były.

 

Numer 4: Nauczyłam się od mojej mamy… przechowywać pamiątki

Jestem pewna, że mama ma gdzieś moje stare rysunki z przedszkola. Ma też całe mnóstwo czarno-białych fotografii – i mało który krewny jest na nich tylko bezimienną twarzą! Babcia trzyma welon mojej mamy, ja trzymam chusteczki do nosa po jednej i drugiej babci. Wszyscy trzymamy kufle do piwa z czasów, gdy mój dziadek był kierowcą w browarze. Pamiątki są w naszym domu, ale przede wszystkim – w nas samych.

Było dla mnie totalnym szokiem, że niektórzy z moich znajomych nie znają imion swoich pradziadków. Ja znam imiona i wszystkie możliwe anegdoty dotyczące pradziadków, ciotek, wujków, kuzynów i innych krewnych. Postacie osób, które zmarły na długo przed moim narodzeniem są dla mnie tak żywe, jakbym się z nimi wychowała. Chyba dlatego, kiedy ktoś mnie pyta, czy mam dużą rodzinę mówię, że tak, choć jestem jedynaczką. Dzięki wspomnieniom i wiedzy o moich przodkach czuję się częścią większej całości. Czerpię wsparcie ze wspomnień, z opowieści o trudnościach, które pokonywali moi krewni oraz z samej świadomości tego, że byli. Istnieli, a ja jestem kontynuacją tej rodziny. Nauczyłam się od mojej mamy, że rodzina jest wartością i potężną wspólnotą, która dba o swoich.

 

Numer 3: Nauczyłam się od mojej mamy… jak opiekować się innymi

Wszystkie torty na urodziny, uroczyste obiady, ciepłe kakao na śniadanie i herbata z cytryną, gdy zimno na dworze… Niezliczone małe rzeczy, które tworzyły przytulną, bezpieczną atmosferę w naszym domu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile trzeba włożyć wysiłku w to, żeby stworzyć dla innych ludzi prawdziwy dom. Doceniłam moją mamę, gdy zaczęłam tworzyć własny dom i to do jej sprawdzonych sposobów się uciekam. Do porządku, zapachu ciasta i uśmiechu na widok tych, których kocham.

Opiekowanie się innymi ma jednak drugą, mniej oczywistą stronę. Opatrywanie ran. Bandażowanie i robienie okładów na opuchliznę. Przepędzanie pierwszych objawów przeziębienia. W moim domu nie odbywały się na ten temat specjalne nauki, a jednak nauczyłam się od mojej mamy jak troszczyć się o zdrowie moich bliskich. Dzięki niej wiem, jak zająć się dziećmi, starszymi, chorymi dorosłymi. Jestem gotowa i jestem na posterunku.

Numer 2: Nauczyłam się od mojej mamy… cieszyć się życiem nawet wtedy, gdy się nie układa

Mistrzynią w tym jest właściwie moja ukochana ciotka. Nie miała łatwego życia, ale jest w tej starszej kobiecie tyle ciekawości świata, spontaniczności, radości życia i pogody ducha, że swoją obecnością rozświetla cały pokój. To coś jest w całej mojej kobiecej rodzinie – mniejsza lub większa, ale zawsze obecna iskierka radości życia. Nawet kiedy jest bardzo źle może się objawić serdecznym śmiechem z niespodziewanego żartu. Zabawnymi minami rzucanymi przez moją babcię nad wigilijnymi potrawami. Czasem zachwytem nad gniazdem bociana i spotkanym na spacerze jeżykiem. Znoszeniem do domu pięknie pachnących rzeczy. A najczęściej – niekontrolowanym gotowaniem przysmaków w ilościach garmażeryjnych.

Coraz częściej rozumiem to, że jest także we mnie i mogę się do niej uciec w każdej chwili. Tak, jak moja ciocia – w obliczu śmierci, choroby, samotności, konfliktów. Wystarczy moment, aby stała się na powrót widoczna i przywróciła uśmiech na twarzach wszystkich wokół.

 

Numer 1: Nauczyłam się od mojej mamy… widzieć w drugiej osobie przede wszystkim człowieka

Bardzo długo walczyłam z kobietami w mojej rodzinie. O wszystko – a tak naprawdę o to, by być od nich inna. Oczywiście, że mi się nie udało, ale w trakcie tych zmagań zaczęłam dostrzegać w nich kogoś innego niż tylko adresatki moich pretensji. Dziewczyny, które nie wiedzą jak to się stało, że mają pięćdziesiąt czy osiemdziesiąt lat i próbują po prostu postępować najlepiej, jak umieją. Dziewczyny, którym zdarza się mieć zły dzień i dość wszystkiego. Dziewczyny takie jak ja. To wtedy chyba ostatecznie się poddałam. Kiedy raz zrozumiesz, że Twoi rodzice też są po prostu ludźmi, z całym arsenałem dobrych i złych cech, nie da się już o tym zapomnieć.

Nauczyłam się od mojej mamy nie tylko widzieć człowieka w niej, ale też w każdym innym. Dzięki jej tolerancji i temu, że zawsze uczyła mnie patrzeć na ludzi ponad podziałami. Nie zwracać uwagi na zamożność, wygląd, to jakich kto ma znajomych i ubrania. Zrobić po prostu miejsce dla wszystkich, którzy są dobrymi ludźmi.

 

Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak moja mama i kobiety, które noszą w sobie te same cechy, co ja. Kobiety, które wzrosły w tej samej rodzinie, na tych samych wartościach i ukształtowane przez te same kobiety. W ich historiach kryją się rady stworzone na miarę, motywy, które przemówią do mnie od pierwszych słów i wyjaśnienia, które trafią w samo sedno. Cieszę się, że dzisiaj wiem, że ich doświadczenie jest jak podręcznik życia pisany na specjalne zamówienie. Któraż z nas nie chciałaby go mieć? 🙂 A przecież dla większości z nas jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy popytać, poszukać w sobie i w rodzinnych opowieściach. Ewentualnie zadzwonić do mamy. 🙂

 

Jestem ciekawa, czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, czego nauczyłaś się od swojej mamy i kobiet z Twojej rodziny. Z jakich cech, podobieństw jesteś najbardziej dumna, które z nich są Twoim zasobem? Chętnie dowiem się, czy coś nas w tym temacie łączy – czekam na Wasze opowieści. 🙂