Mikrożycie jest blogiem o prostym życiu, a ja właściwie nigdy nie napisałam Wam o tym, co to proste życie dla mnie znaczy. To jedna z fraz, po których trafiacie do mnie najczęściej.  Zaczęłam się zastanawiać – czy znajdujecie na moim blogu to, czego szukacie? Czy to proste życie po mojemu jest czymś, co również do Was przemawia?

Myślę, że to zamiłowanie do prostoty w życiu jest u mnie od zawsze. Jednak było wiele takich sytuacji, kiedy moje życie wcale nie było proste i nie miałam na to żadnego wpływu. Siedząc do późna przy komputerze, zasypiając w hotelowym łóżku, spędzając kolejny wieczór w towarzystwie czekolady wiedziałam coraz mocniej, że nie tego chcę. To głównie z tęsknoty za zwykłym, dobrym życiem na wsi i zmęczenia tym, co działo się w moim życiu tuż po studiach powstał ten blog. Postanowiłam, że nie tylko chcę inspirować innych, ale i pilnować samej siebie. A ostatni rok był przełomowy jeśli chodzi o porządki w życiu. Myślę, że po tych kilku latach dopiero dzisiaj jestem w stanie sprecyzować, co rozumiem przez taki styl życia.

Więc czym jest dla mnie proste życie i o co tutaj tyle szumu?

 

Po pierwsze – uważność

Uważności nauczyłam się od Anthony’ego de Mello – z książki, na którą natrafiłam przypadkowo na drugim roku studiów. Okazało się, że zmieni moje życie.

Dowiedziałam się wtedy, że większość z nas ma tendencję do nieustannego analizowania przeszłości, rozmyślania o przyszłości lub uciekania od rzeczywistości w rozrywki, gry, seriale… Trudno jest nam tak po prostu zatrzymać się i doświadczyć chwili obecnej w jej całej postaci. Jeszcze ciężej jest wytrwać w tej postawie, gdy rzeczy nie toczą się po naszej myśli. Jednocześnie praktykowanie uważności może zdziałać cuda dla naszego życia. Poświęcając sto procent swojej uwagi codziennym czynnościom możemy odzyskać swoje życie – dosłownie. Poza tym, czy może być coś, co brzmi prościej od stawiania czoła rzeczywistości takiej, jaka jest?

 

Po drugie – rozsądek

Czasami bywam sama dla siebie mamą. Robię sobie kubek herbaty i mówię sama do siebie. Będzie dobrze, nie ma się czego bać, poradzę sobie. Rozszalałe myśli i uczucia stopniowo się uspokajają. Zajęło mi dwadzieścia siedem lat, żeby nauczyć się tej umiejętności. 🙂

Proste życie to dla mnie życie w kontakcie z rzeczywistością – umiejętność testowania rzeczywistości, jak mówiło się u mnie na studiach. To zdolność przekonania siebie samej do tego, że światem rządzą racjonalne prawa bez względu na to, co podpowiada mi serce i umysł. Utrzymywanie spokoju i równowagi, choć równie dobrze można panikować i produkować czarne scenariusze. Byłam w tym kiedyś mistrzynią! Myślę, że zawsze brakowało mi poczucia, że trudności w życiu są czymś przejściowym i bałam się, że kiedy dzieje się coś złego to zostanie tak na zawsze. Na szczęście to się zmieniło – w miarę jak nabrałam więcej doświadczeń i poradziłam sobie z wieloma trudnościami. Więcej o tym podejściu do życia i problemów możesz przeczytać we wpisie Wszystko u mnie w porządku, wiesz?.

Kiedy postanawiamy, że nie robimy z życia dramatu, przestajemy tworzyć oraz rozdmuchiwać problemy. Te realne rozwiązujemy efektywnie i możliwie jak najszybciej, nie tracąc jednocześnie nadziei. Dla mnie to brzmi bardzo kojąco, a dla Ciebie?

 

Po trzecie – pozytywne nastawienie

Często nasze przeszłe doświadczenia programują w nas skłonność do zwiększonego przeżywania negatywnych emocji. Im więcej przywiązujemy do nich wagi tym więcej dostrzegamy ich w swoim życiu. Choć istnieją w naszym wnętrzu, przenosimy je raczej na zewnątrz nas samych. Idziemy do beznadziejnej pracy, spotykamy zawistnych ludzi, boimy się o przyszłość, nie jesteśmy doceniane w związku.

Na szczęście zwrócenie naszej uwagi w kierunku pozytywnych zdarzeń i emocji działa dokładnie tak samo. Stopniowo zaczynamy odczuwać je coraz częściej. Nawet, gdy doświadczamy trudności, uczymy się zwracać uwagę na dobre strony sytuacji, a to sprawia, że żyjemy w dobrym świecie – bez względu na okoliczności. Pięknie o takiej postawie napisała ostatnio Niebałaganka w tym bardzo osobistym wpisie.

 

Po czwarte – radość i zabawa

Zawsze, kiedy myślę o tym punkcie, przypominam sobie sąsiadów z moich rodzinnych stron. Ludzie mają tam taką mentalność, że nieustanne szukają okazji do śmiechu i żartów. Zakupy w mięsnym, przypadkowe spotkanie z sąsiadem, wygłupy małego dziecka – i już można zagadać, zażartować, pośmiać się, powiedzieć komuś miłe słówko. Bardzo to lubię choć nauczyłam się to doceniać dopiero po wielu latach. Niestety w naszej kulturze przejawy spontanicznej radości często są hamowane. Uczymy się, że jej okazywanie może ściągnąć na nas coś niedobrego. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, prawda? Wolimy więc nie wychylać się i pozostać bezpieczne.

Radość i zabawa, które mam na myśli, to nieskrępowana przyjemność czerpana z życia oraz poszukiwanie okazji do wzmacniania pozytywnych wrażeń. Nie potrzeba przecież drogich gadżetów, aby potańczyć w kuchni przy gotowaniu obiadu. Choć dostrzeżenie magii codzienności czasem wymaga od nas nieco wysiłku, w efekcie nadaje naszemu życiu barw nawet w najzwyklejsze powszednie dni. Zerknijcie na ten post Anety – opisała to w absolutnie fantastyczny sposób.

 

Po piąte – umiar

Czerpanie radości również z materialnych rozrywek nie jest złe. Jest jednak spora różnica pomiędzy pławieniem się w nich a korzystaniem z nich w mądry sposób. To jak z ciepłym spaghetti na kolację po całym dniu poza domem. Smakuje wybornie więc dokładasz sobie drugą porcję i… to już nie to samo. A większość z nas i tak przecież dokończy dokładkę.

Materialne radości są łatwo dostępne i dają natychmiastowy efekt, ale trwa on krótko. Używane w nadmiarze, przedmioty oddalają nas od rzeczywistości. To niematerialne radości figurują wysoko na naszej liście wspomnień, ale zazwyczaj są mniej prestiżowe i wymagają pracy nad swoim nastawieniem i przekonaniami. Zachowanie umiaru w życiu wydobywa czar pięknych wspomnień i przedmiotów, które zyskują przez to specjalne znaczenie. Lubię pielęgnować takie magiczne myślenie obdarowanego dziecka. Mam swoje perfumy na specjalne okazje, buty, które zakładam tylko na randkę, jedną szminkę, w której czuję się jak milion dolarów…

Ponadto, kupując to, czego naprawdę potrzebujemy, szanujemy dobra natury i pracę cudzych rąk, które składają się na produkowane przedmioty. One stanowią wartość same w sobie.

 

Po szóste – bycie w kontakcie z samą sobą

Pamiętacie, jak pisałam Wam, dlaczego po skończeniu studiów stwierdziłam, że nie chcę pracować w zawodzie? No właśnie – bo gdy wybierałam studia nie znałam jeszcze siebie i nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę.

Pozostawanie w kontakcie z prawdziwą sobą może być bardzo trudne. Nieprzyjemnie jest uświadamiać sobie niektóre uczucia, wady, wspomnienia, które uparcie powracają… Udawać kogoś, kim nie jesteśmy i zagłuszać swoje prawdziwe pragnienia jest zdecydowanie łatwiej. Jednak  wsłuchiwanie się w siebie niesie ze sobą szansę na życie, które naprawdę czyni nas szczęśliwymi, zaspokaja nasze potrzeby, a przy tym jest po prostu nasze. Nawet jeśli po drodze okaże się, że trzeba zmienić plany, zerwać kilka znajomości i przestać zajadać problemy chipsami.

 

Po siódme – bliskość

Stary banał o tym, że trzeba mieć z kim dzielić szczęście jest prawdziwy. Podobnie jak przy kontakcie z samą sobą, bliskość z innymi ludźmi również może być trudna. Żeby być blisko trzeba słuchać kogoś, ale i opowiadać o sobie. Przestać się tak bardzo kontrolować, odważyć się na spontaniczną reakcję, opowiedzieć coś komuś może trochę za szybko. Niby przestałam być nieśmiała już w przedszkolu, ale do dzisiaj mam z tym problem.

Bliskość ma jednak dla mnie jeszcze jeden wymiar – wrażliwość na inne istoty, które dzielą ten sam pierwiastek życia, jaki nosimy w sobie. Nie chodzi tu tylko o ludzi, ale też zwierzęta, rośliny i świat natury. Proste życie to dla mnie życie, w którym jest miejsce na innych ludzi, zabawę z kotem sąsiada, podlewanie kwiatków na parapecie i spacer do lasu. To przestrzeń na kontakt z życiem w różnych jego przejawach.

 

Proste życie zaczyna się wewnątrz

Od pracy nad sobą, swoim podejściem do świata, ludzi i samej siebie. Jest to coś, co kontynuuje się każdego dnia. Wymaga od nas podejmowania ciągłych decyzji, ale w zamian przynosi nam życie, o jakim zawsze marzyłyśmy. Bez spokoju i prostoty w środku nasze życie może być skomplikowane nawet w środku buddyjskiego klasztoru. Za to kiedy osiągniemy ten stan będziemy w stanie stworzyć wokół siebie otoczenie, które będzie go wspierać i podtrzymywać. Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy.

 

No dobra, ale moja wymarzona sceneria to…

Niewielki dom na wsi lub przedmieściach, blisko lasu i wody – w takich miejscach czuję się najlepiej. Dom będący azylem dla mnie i mojej rodziny i przyjaciół. Z pyszną herbatą czekającą na krewnych, z którymi utrzymujemy kontakt, bo chcemy i dobrze nam razem. Praca w domu, najchętniej polegająca na pisaniu. Kubek zielonej herbaty na biurku, wygodne swetry i kolorowe lampki w oknach na Boże Narodzenie.

 

Czym dla Ciebie jest proste życie? Jestem bardzo ciekawa, o jakim życiu marzysz i czy masz do niego swoją „wymarzoną scenerię”. Czy dodałabyś coś do mojej listy? A może całkiem ją zmieniła?