Stało się, zalałam telefon. Oczywiście nie w spektakularny sposób – żadnego wpadania do kałuży, wazonu z wodą i tak dalej. Mój telefon przez 15 minut leżał w wilgotnej torebce. Za krótko, by się wyłączyć ale wystarczająco długo, aby przestać wykrywać sieć. Dziękuję Wam za rady pod tym postem na Facebooku – niestety ani ryż, ani trzymanie w cieple nie pomogły. I tak w ubiegłym tygodniu przeszłam przymusowy detoks od telefonu.

Na początku byłam wściekła (wielkie brawa dla Szymona, który nie uciekł wtedy z domu). Jak będę komunikować się z rodzicami, pisać z przyjaciółką na WhatsAppie? Do tej pory w każdej chwili mogłam być na bieżąco z tym, co słychać na blogu, na Instagramie, na fanpage’uNagle zapanowała wokół mnie cisza. I to wcale nie było przyjemne.

Po dwóch dniach udało się uruchomić moją starą Nokię i z powrotem znalazłam się w przyjemnym stanie komunikacyjnej dostępności. Same widzicie zatem, że mój detoks od telefonu nie trwał zbyt długo. Wystarczyło jednak, żeby uświadomić sobie kilka ważnych prawd, o których w ostatnim czasie chyba zbyt mocno zapomniałam. Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny…

Chcecie wiedzieć, co poczułam, kiedy wściekłość opadła a ja zdałam sobie sprawę, że przez następne kilka dni czeka mnie detoks od telefonu?

 

Możliwość porozmawiania z bliskimi w każdej chwili to przywilej

Moje dzieciństwo było analogowe. Wychowawczyni mogła zadzwonić do przedszkola, w którym pracowała moja mama z pokoju nauczycielskiego. Znajomym i rodzinie podawało się „grzecznościowy” numer telefonu do sąsiada. Nawet na święta nikt nie dzwonił z życzeniami tylko z całego kraju napływały kolorowe kartki z kilkoma ciepłymi słowami na odwrocie. Sama nie wiem, kiedy przestało to być dla mnie normą i przyzwyczaiłam się do tego, że w każdej chwili mogę wykręcić numer telefonu do moich bliskich.

Mieszkam prawie cztery godziny drogi od moich rodziców i dziadków, nie widujemy się zbyt często. Gdyby nie telefony komórkowe, trudno byłoby nam się ze sobą kontaktować. Łatwo było przyjąć to za coś pewnego – wystarczy wcisnąć guzik. Nie trzeba się namęczyć, żeby porozmawiać z tą drugą osobą, nie trzeba tęsknić. W każdej chwili można dopytać o sekretny patent na klarowny rosół, wygadać się po ciężkim dniu w pracy. Aż tu nagle okazało się, że ta dostępność i możliwość porozmawiania z nimi w każdej chwili to iluzja. Wystarczy, że mały czarny prostokąt mikroprocesorów przestał działać i trzysta kilometrów odległości między nami staje się faktem. Mogę się martwić, pilnie czegoś potrzebować i nie mieć żadnej możliwości, aby porozmawiać.

Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam, kiedy po dwóch dniach pierwszy raz usłyszałam „Halo?” w słuchawce. Przez te dwa dni żyłam w świecie, który kiedyś nadejdzie – tym, w którym moich bliskich już nie ma. Detoks od telefonu sprawił, że na nowo doceniłam nawet najkrótsze, najprostsze pogawędki z rodzicami w drodze z pracy. Doceniłam ich obecność w moim życiu, tak po prostu.

 

Życie nie toczy się na ekranie

Może brzmi to banalnie ale same wiecie, że telefon to także Internet, Instagram, masa interesujących aplikacji… Dwa razy dziennie spędzam pół godziny w tramwaju na tego typu rozrywce. Często biorę telefon do ręki także w domu, żeby na szybko sprawdzić, co słychać w sieci. Tak, jakby działo się tam coś niesamowitego, czego naprawdę nie powinnam ominąć. Ale detoks od telefonu pozbawił mnie także możliwości obserwowania na bieżąco, co słychać w sieci.

Ile tak naprawdę przegapiłam przez ten czas? Kilka zdjęć na Instagramie? Parę powiadomień w skrzynce mailowej? Na mojej tablicy na Facebooku były te same memy, motywujące cytaty i filmiki z kotami co zawsze. Ja jednak przez kilka dni nie tylko nie wiedziałam, co słychać w sieci, ale nie mogłam też do niej uciec, kiedy się nudziłam albo nie chciało mi się robić czegoś innego.

Z konieczności funkcjonowałam w tylko jednej rzeczywistości. Jadąc do pracy tramwajem rozglądałam się dookoła, podziwiałam resztki świątecznych dekoracji i światła w oknach mieszkań. Wyszłam się przejść na przerwie w pracy, porozmawiałam z przypadkową osobą, spokojnie zrobiłam zakupy. Okazało się, że mi to w zupełności wystarcza. Mail, Facebook i Instagram straciły magiczną moc i mogły stać się z powrotem tym, czym mają być. Kanałami komunikacji. Tylko i aż tyle.

Na nowo zasmakowałam rzeczywistości bez zakłóceń i okazało się, że nie ma powodu, by od niej uciekać. Spodobał mi się spokój wokół mnie, czas na to by przyjrzeć się otoczeniu. Postanowiłam więc częściej zostawiać telefon w torebce. Suchej, rzecz jasna.

 

Świat jest bezpieczniejszy niż nam się wydaje

Mój pierwszy telefon, Nokię 3310 w pomarańczowym etui, dostałam w wieku dwunastu lat jako jedna z pierwszych w klasie. Moi rodzice uważali, że powinnam zawsze móc się z nimi skontaktować w razie potrzeby. Gdzieś w mojej głowie zostało zakodowane, że stały dostęp do telefonu oznacza bezpieczeństwo. Czy numery alarmowe nie są jedną z pierwszych rzeczy, jakich uczy się dzieci w szkołach? Któż z nas nie czuje się trochę niepewnie, kiedy wychodzi z domu bez telefonu?

Ja czułam się niepewnie jadąc do pracy bez mojej kolejnej już Nokii w torebce. Ale wiecie co? Nic, zupełnie nic się nie stało. Za to przypomniałam sobie jak kiedyś, zanim każdy miał komórkę, korzystało się z telefonów sąsiada lub przechodnia aby wezwać pomoc. Gdy zgubiłam się w Berlinie i potem w Londynie nie pomógł mi GPS a przypadkowa Turczynka i życzliwy taksówkarz. Pomyśl, ile razy pytałeś o drogę na stacji benzynowej? Gdyby nie poczęstowany papierosem chłopak nie znaleźlibyśmy objazdu, dzięki któremu dojechaliśmy do domu na święta.

Zanim wszyscy kupiliśmy komórki o pomoc prosiło się ludzi wokół nas. Czego tak bardzo się boimy, że musimy być ciągle w gotowości do tego, by zadbać o siebie sami? Czy nie moglibyśmy zamiast tego zaufać, że świat nam pomoże i wesprze nas w razie potrzeby? Być może wcale nie musimy być ciągle dostępni, wciąż podłączeni – może musimy być dostępni dla siebie nawzajem, aby świat stał się bezpieczniejszym miejscem?

 

Kiedy przyszłam do domu z adapterami kart SIM w ręku, nastawiona na uruchomienie jednego ze starych telefonów, czekało na mnie coś wspaniałego. To była ręczna notatka „Jadę do promotora” na naszej białej tablicy, której nie używaliśmy od miesięcy.

Moja przygoda z zalaniem telefonu skończyła się dobrze. Myślę, że w pewien sposób była mi potrzebna. Nie namawiam Was do tego, aby zostawiać swoje telefony w wilgotnym miejscu. Namawiam Was gorąco do tego, aby zrobić sobie detoks od telefonu – zanim zmuszą Was okoliczności. Bo ostatecznie pomimo sporego stresu miło było odkryć, że gdy technologia zawodzi, świat jest dokładnie w tym samym miejscu co zawsze.

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis to nie trać czasu – polub mojego bloga na Facebooku, Instagramie i Bloglovin’ żeby nie czatować na nowy wpis z telefonem w ręku. 😀 Koniecznie daj też znać w komentarzu, czy robiłaś sobie kiedyś detoks od telefonu. Jak korzystasz z niego na co dzień? Do czego jest Ci najbardziej potrzebny? Ściskam cieplutko! 🙂