Niby już od dawna nie idzie się na studia po to, by znaleźć męża. Właściwie zamążpójście nigdy nie było celem, dla którego panny wybierały się na uniwersytet. Ale pamiętam doskonale rozmowę przeprowadzoną z jedną z koleżanek, kiedy obie byłyśmy na pierwszym roku studiów na kierunku humanistycznym.

Na pierwszym roku trochę się imprezuje, a mniej więcej w połowie poznaje miłego chłopca z polibudy. Na trzecim roku wynajmujecie wspólnie mieszkanie. Po czwartym roku on Ci się oświadcza i latem, tuż po obronie bierzecie ślub.

Czy muszę Wam wspominać, że dla dużej części z nas nawet ta nieszczęsna obrona nie przypadała latem?

No dobrze, ale jak się ma do tego efekt Facebooka? I co to w ogóle jest?

Przeczytałam ten zwrot ostatnio na jednym ze świetnych, mądrych blogów, które mam przyjemność poznawać. Spodobał mi się właśnie dlatego, że kiedyś byłam uczestniczką cytowanej konwersacji, choćby nawet sceptyczną. Słowa mojej koleżanki były tym, jak wyobrażałam sobie swoją przyszłość jako mała dziewczynka. Efekt Facebooka istniał bowiem jeszcze przed narodzinami Marka Zuckerberga. Zawsze ludzie wierzyli, że na ich życie istnieje pewien plan, który powinni wypełniać.

Skąd wiedzieć, jaki jest plan na Twoje życie?

No jak to skąd – nie na darmo wspominam o efekcie Facebooka. A ten plan, rzecz jasna, jest taki sam jak plan na życie wszystkich innych dookoła Ciebie. Z tą różnicą, że Facebook pozwala Ci wierzyć w to, że jesteś jedyną, która tego planu nie realizuje. Tobie z jakiegoś powodu się nie udaje.

Są takie momenty, kiedy po prostu się o tym przekonasz. Należą do nich:

  1. Boże Narodzenie – bo jeśli jesteś singielką to gwarantuję Ci, że przynajmniej jedna osoba z Twoich znajomych się wtedy zaręczy.
  2. Wakacje – bo jeżeli akurat spędzasz je w szklanym biurze, gdzie Twoją jedyną rozrywką jest klimatyzacja, z pewnością na Twojej tablicy pojawią się zdjęcia plaż Chorwacji.
  3. Kiedy masz kiepski dzień – zawsze znajdzie się wtedy ktoś, kto tego dnia przebiegł maraton, ukończył inspirujące szkolenie, wyszedł od fryzjera lub dostał kwiaty od chłopaka. Ewentualnie umieścił na swojej tablicy motywacyjny cytat.

O tym, jak Facebook może niepostrzeżenie obniżać nasz nastrój pisałam już tutaj. Efekt Facebooka to jednak coś znacznie, znacznie więcej niż zwykła chandra. Dlaczego?

Efekt Facebooka to odczuwanie tego, co widzimy na swojej tablicy, jako czegoś realnego.

Wszyscy jesteśmy mądrzy, używamy mózgu i racjonalnie jesteśmy w stanie powiedzieć: Facebook nie pokazuje całej prawdy. Zachowujemy się dojrzale i potrafimy opanować zazdrość. Mimo to oglądanie zdjęć cudzych dzieci, domów, związków lub wakacji potrafi nas zasmucić. Dajemy sobie wmówić, że jest na świecie ktoś, kto z powodzeniem realizuje nasz idealny plan na życie.

Tymczasem nikt z nas nie umieszcza w sieci zdjęć, na których kiepsko wygląda. Nie widujemy na swoich tablicach postów o tym, że ktoś zjadł rano bułkę z pasztetem i przytył 3 kg od listopada. A już nikt, ale to absolutnie nikt, nie ustawia jako statusu związku To skomplikowane.

Efekt Facebooka sprawia, że zapominamy o tym, co wypełnia przestrzeń pomiędzy jednym słodkim selfie a drugim.

Innymi słowy – widzimy najlepsze momenty z życia danej osoby i uznajemy je za kompletny obraz. W tej sytuacji liczba negatywów musi przeważać po naszej stronie. Tylko w przypadku własnego życia dysponujemy kompletnym zestawem informacji. Nasz mózg lubi jednak tworzyć obrazy i historie. Puste pola uzupełnia tak, aby pasowały do naszych przekonań na temat świata. Nic dziwnego, że z kilku zdjęć zakochanej pary, lazurowego morza i czerwonych róż jest w stanie poskładać idealną bajkę. Przecież zupełnie jak moja koleżanka ze studiów wszyscy wiemy, jaka jest prawidłowa kolejność wydarzeń.

Problem w tym, że ani ja, ani moja koleżanka nie znamy dziewczyn, dla których ten idealny scenariusz rzeczywiście miałby zastosowanie. Trop miłych chłopców poznanych na pierwszym roku urywał się zazwyczaj w okolicach licencjatu. Dziewczyny biorące ślub tuż po studiach też przywoziły swoich ukochanych jeszcze z liceum.

Jak rozpracować efekt Facebooka? Jak się nie dać?

Jak już wspominałam, czasami trudno jest nam opanować poczucie, że jest z nami coś nie tak. Kiedy jednak Twój feed postanowi Ci dokopać szczególnie mocno, odpowiedz sobie na te trzy proste pytania.

  1. Jaka może być codzienność tej osoby? Czego nie widać pomiędzy kolejnymi wpisami?
  2. Czy życie tej osoby wydaje się przebiegać zgodnie z planem? Jeśli tak, to czego nie widzę w tej historii? Co może mi umykać?
  3. Jaki obraz wyłania się z mojego profilu na Facebooku? Jak opisałabym życie tej osoby, dysponując tylko informacjami z jej profilu i tablicy?

Poznasz kiedyś osobę, która będzie realizować Twój plan na życie. Ja też ją spotkałam. Przekonałam się wtedy, że przy odrobinie determinacji nie jest to tak trudne, jak mi się wydawało. Czy opłacalne? Nie wiem. Moja znajoma pomimo odhaczenia wszystkich możliwych pól i zaliczania się w moich oczach do grona przysłowiowych normalnych nie była szczęśliwa. Co więcej, ja też nie byłam, kiedy bawiłam się w życie zgodnie z planem.

Co zatem zrobić, żeby efekt Facebooka nie miał już nade mną mocy?

Przenieść swoją oś czasu z wirtualnego świata do rzeczywistości. Starać się zobaczyć to, co uzupełnia piękne obrazy, jakie oglądamy na tablicach naszych znajomych. Przestać porównywać się do innych. Docenić swoje życie, jakie by nie było, zamiast doszukiwać się w nim problemów. Napisać szczere gratulacje pod kolejnym zaręczynowym postem w Wigilię, a potem w spokoju obżerać się pierogami.

A przede wszystkim – przestać wierzyć w magiczne sposoby na szczęście i szukać go tam, gdzie naprawdę można je znaleźć. W sobie.

Co myślicie o tym, jak media społecznościowe wpływają na nasze postrzeganie swojego życia? Czy wierzycie w to, że istnieje pewien plan na życie, który należy realizować? Jestem ciekawa Waszych przemyśleń na ten temat – ucieszę się z każdego komentarza!

 


 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z nowościami na blogu, zajrzyj do mnie też tutaj:

 [DISPLAY_ULTIMATE_PLUS]