Właśnie zorientowałam się, że od dawna na blogu nie ukazała się żadna recenzja. Tę książkę kucharską kupiłam jednak prawie natychmiast po tym, jak zobaczyłam jej reklamę i wiedziałam, że napiszę o niej na blogu. Gotowanie z resztek to coś, co jest mi bardzo bliskie – nie tylko ze względu na dbałość o środowisko ale też oszczędności oraz mnóstwo radości, jaką dają kreatywne eksperymenty w kuchni. Byłam bardzo ciekawa jak do tematu podejdzie autorka tej książki i jakie przepisy się w niej znajdą. Gotuję, nie marnuję” Sylwii Majcher to chyba pierwsza pozycja dotycząca kuchni zero waste, z jaką spotkałam się w odniesieniu do naszych, polskich realiów.

Sama autorka jest dziennikarką i blogerką, która od lat prowadzi bloga „Kuchnia w formie„. Jest też żoną i mamą – zabieganą kobietą, która jak każda z nas nie ma czasu na skomplikowane kuchenne operacje. Przyznam, że to również przekonało mnie do kupna tej książki – liczyłam, że zawarte w niej przepisy będą proste i szybkie. Miałam nadzieję, że dostarczy mi inspiracji nie tylko do wykorzystania tych zupełnie świeżych składników, które z jakiegoś powodu nie zostały w kuchni wykorzystane, ale też takich produktów, których na ogół pozbywamy się od razu. Muszę przyznać, że nie zawiodłam się na tej pozycji – ale powiedzieć o niej tylko tyle to zdecydowanie zbyt mało. Zapraszam Was na subiektywną recenzję „Gotuję, nie marnuję” w nadziei, że Wam się przyda, zainspiruje Was a może również skłoni do zakupu tej książki i włączenie resztek do swojego codziennego menu.

 

Kuchnia to serce domu

Wierzcie mi lub nie, ale czytałam tę książkę w tramwaju w drodze do pracy, ku uciesze współpasażerów, jakby nie była książką kucharską a najlepszym kryminałem. Na jej kartach Sylwia wiele razy przywołuje wspomnienia z podróży czy czasów studenckich, odnosi się do zwyczajów panujących w jej rodzinnym domu w słynącej z oszczędności Wielkopolsce i wojennych doświadczeń swojej babci. Miałam wrażenie, że autorka zaprasza nas w ten sposób do intymnego świata swojej kuchni – a tam czeka już na nas z kubkiem herbaty i kolejną ciepłą historią do opowiedzenia.

Tę domową atmosferę widać wyraźnie również w doborze przepisów. Obok najbardziej wyrafinowanych połączeń znajdziecie również sporo smaków znanych nam z dzieciństwa jak oszczędnościowe kopytka, pyzy czy owoce pod kruszonką. Zadbano także o to, aby wśród składników znaleźli się reprezentanci każdej z pór roku. Ten ukłon w stronę mądrości poprzednich pokoleń bardzo mi odpowiada. Przypomina, że resztki zawsze miały swoje miejsce w kuchni naszych mam i babć, a wszystko, co musimy zrobić, to przypomnieć sobie, jak z nich korzystać.

Jest jednak coś, na co warto zwrócić w związku z tym uwagę – to nie jest książka, w której nabiał, gluten, mięso i inne „problematyczne” składniki omija się szerokim łukiem. Weganie i wegetarianie również znajdą tutaj coś dla siebie jednak domowe smaki zakładają również wykorzystanie pewnych bardziej tradycyjnych składników. Miejsce to na uwadze!

 

Coś, czego się kompletnie nie spodziewałam…

Tą niespodzianką okazał się  początek książki. Zanim zajmiemy się przygotowywaniem resztek, Sylwia poświęca sporo miejsca temu, jak zminimalizować ich powstawanie w naszej kuchni. Pisze tam między innymi o naszych przekonaniach na temat jedzenia, nie oszczędzając przy tym siebie samej i swoich nawyków z przeszłości. Wspomina również o tym, jak wyrzucanie jedzenia wpływa na środowisko naturalne i przekonuje, że oszczędność w kuchni to nie luksus ale konieczność dla nas wszystkich.

Oprócz tego Sylwia poświęca część rozdziału planowaniu oraz robieniu zakupów. Doradza między innymi jak przygotować listę zakupów oraz gdzie najlepiej udać się po poszczególne produkty. Jeżeli chodzi o listy zakupów to tworzę je od dawna i to, co napisała autorka pokrywa się z tym, co już u siebie stosuję. Bardzo przydatne okazały się jednak dla mnie jej porady dotyczące tego, do jakiego typu sklepu najlepiej udać się po określone produkty. Wcześniej zupełnie się z tym nie spotkałam i tylko intuicyjnie przeczuwałam, że warzywa i owoce lepiej kupić na ryneczku a nabiał w markecie.

Absolutnie najlepsze w tej części są moim zdaniem informacje na temat prawidłowego przechowywania oraz metod utrwalania żywności. Dobrze znane naszym mamom i babciom, stanowią jednak tajemnicę dla większości osób z naszego pokolenia – a tak rzetelnego przewodnika jak w „Gotuję nie marnuję” nie spotkałam nigdzie indziej. Choćby dla tej jednej sekcji zdecydowanie warto jest wziąć tę książkę w swoje ręce!

Czy przepisy rzeczywiście są zero waste?

Muszę przyznać, że tak – a to, co najbardziej mi się w nich podoba to ich różnorodność. W „Gotuję, nie marnuję” znajdziemy nie tylko przepisy na potrawy z wykorzystaniem totalnych odpadków (jak chipsy z obierek ziemniaków czy bulion gotowany na warzywnych obierkach) ale też sposoby na przywrócenie świetności nieświeżym produktom (zapiekanie miękkich rzodkiewek czy pulpeciki z czerstwego chleba) i kreatywne patenty na wykorzystanie zwykłych resztek. Każda z receptur okraszona jest interesującą osobistą historią oraz przepięknymi, klimatycznymi zdjęciami.

Kolejną rzeczą, na którą chciałabym zwrócić Waszą uwagę jest to, że przy większości przepisów nie podano wyraźnych proporcji składników. Koresponduje to bardzo dobrze z ideą książki, która zakłada luźne wykorzystywanie tego, czego nie chcemy wyrzucić. Dla osób, które wolą trzymać się ściśle przepisu może to stanowić jednak pewien kłopot – ja uwielbiam takie intuicyjne gotowanie i bardzo przypadło mi to do gustu.

bulion z obierek, gotowanie z resztek, gotuję nie marnuję, kuchnia, oszczędzanie, blog, mikrożycie, mikrozycie

Jakie przepisy z „Gotuję, nie marnuję” udało mi się przetestować?

Możecie sobie wyobrazić, jaka byłam dumna, kiedy okazało się, że wiele z nich na stałe gości w mojej kuchni – jak choćby pesto z liści rzodkiewek. Do tej pory udało mi się przetestować jedynie bulion z obierek warzyw. Jest jedną z tych potraw, które zawsze mam pod ręką (i w zamrażalniku). Tym razem dokładnie wyszorowałam warzywa, obrałam je cienko i nastawiłam w garnku wraz z solą i liśćmi laurowymi. I chociaż początkowo w wodzie pływały tylko obierki marchewki, pietruszki i selera to byłam zaskoczona jak już po chwili sama zaczęłam kombinować nad tym, czym jeszcze wzbogacić ów wywar. Tak w garneczku znalazły się również zapomniane kawałki pora i kalafiora, zewnętrzne warstwy cebuli, łodygi natki pietruszki i ususzone grzyby, które moi rodzice zebrali latem w lesie.

Czy taki bulion różnił się w smaku od tradycyjnego wywaru, który gotuję? Muszę przyznać, że nieznacznie – użyłam nieco zbyt wiele wody a dzięki przewadze marchewki był nieco bardziej słodki niż taki, jak lubię. Nadal jednak był smakowity i aromatyczny a satysfakcja z dobrego wykorzystania resztek ogromna! Zamknięty w plastikowych pudełeczkach, czeka teraz w mojej zamrażarce na nagły atak głodu. 🙂

 

Czy „Gotuję, nie marnuję” to książka godna polecenia?

Moim zdaniem zdecydowanie tak i cieszę się, że taka pozycja pojawiła się na naszym rynku wydawniczym. Muszę jednak uczciwie przyznać, że po jej przeczytaniu czułam pewien niedosyt i żałowałam, że nie zawiera więcej przepisów. Myślę jednak, że jej celem nie jest dostarczenie nam gotowych receptur na każdą możliwą kombinację kuchennych odpadków. Jest nią raczej uruchomienie naszej wyobraźni i dostarczenie inspiracji po to, abyśmy same mogły kreatywnie eksperymentować z resztkami w kuchni. Taką drogę autorka przeszła samodzielnie i przekonuje, że również my możemy się na niej odnaleźć łatwo i z przyjemność. „Gotuję nie marnuję” może być idealnym wsparciem na początku tej podróży oraz podporą, kiedy pragniemy ożywić nieco naszą przykurzoną kreatywność. Zdecydowanie warto mieć tę pozycję na swojej półce.

 

P.S. Ugotowanie obiadu z resztek to dzisiejsze zadanie w ramach naszego wyzwania 100 minut dla Ziemi – zapraszam Was serdecznie tutaj po więcej szczegółów! Trwa dopiero od trzech dni więc spokojnie zdążycie jeszcze do nas dołączyć i nadrobić poprzednie zadania. 🙂

 

Mam nadzieję, że moja recenzja będzie dla Was pomocna. Dajcie znać, jeśli znacie tę książkę, chętnie dowiem się, jakie są Wasze wrażenia! A może podzielicie się swoimi patentami na wykorzystanie resztek w kuchni? 🙂 Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie po sobie ślad w komentarzach!