Jest coś, czego o mnie nie wiecie – coś, czego podobno nie widać na pierwszy rzut oka. Jestem osobą, która bardzo dużo się boi. Nie w kryzysowych sytuacjach – kiedy dzieje się coś złego zmieniam się w maszynę do działania. Lęk jest ze mną codziennie zawsze w tych spokojnych okresach czasu, kiedy wszystko układa się dobrze.

Lęk, że nie poradzę sobie w życiu objawia się zamartwianiem się o przyszłość. Lęk przed zaufaniem samej sobie widać w nerwowym łapaniu się za kieszeń i zastanawianiu się, czy wyłączyłam żelazko. Rozpamiętywanie błędów z przeszłości to mój lęk przed tym, że nie zasługuję na nic dobrego teraz. Lęk przed tym, że dobro jest dziełem przypadku widać w podskórnych myślach o tym, że to wszystko musi się przecież skończyć. Kłótnie z bliskimi, odwołane przyjemności, odłożone na jutro obowiązki, brzydkie ubrania w szafie. Wszystko to lęk w moim życiu. Jest go sporo.

 

Chciałabym napisać o cudownym sposobie na to, żeby lęk zniknął.

 

Chciałabym napisać, że pewnego dnia obudziłam się, powiedziałam sobie „dość” i dlatego mam tego bloga, dobrą pracę, brownie z cukinii na stole w niedzielę. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Lęk jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że niektórych rzeczy może być tak trudno się pozbyć, że… łatwiej jest nauczyć się z nimi żyć.

Kiedy studiowałam psychologię szukałam sposobu na to, żeby pozbyć się lęku. Testowałam na sobie wszystkie poznane na zajęciach metody. Analizowałam swój lęk, rozbierałam go na drobniutkie kawałeczki, licząc na to, że kiedy zrozumiem, skąd się bierze po prostu zniknie. Trochę jak w horrorach, kiedy duch odchodzi wtedy, gdy uznasz jego istnienie i spełnisz jego prośbę. Nic nie pomagało więc kopałam coraz głębiej i głębiej, szukając tych prawdziwych przyczyn. Zmęczyłam się tym wreszcie – rozdrapywaniem ran, wciąż nowymi teoriami, konstrukcjami przyczyn i skutków tak zawiłymi, że zupełnie nie mogłam w nich odnaleźć siebie. Czegokolwiek nie robiłam, lęk miał się dobrze. Ja za to miałam się coraz gorzej.

Doszło zatem do tego, że nadal się boję, właściwie codziennie. Aby nie popadać w to stare szaleństwo zakładam też, że pewnie będę się bała zawsze. Być może to częściej niż u innych ludzi, nie wiem. Kiedy snuję czarne scenariusze, gdy ktoś nie odbiera telefonu, gdy myślę o tym, co będzie za dziesięć lat. Kiedy mam coś załatwić w urzędzie albo wyjeżdżam z domu na dłużej… po prostu siebie pocieszam.

 

Mówię sobie „Marta, świat na Ciebie nie czyha”.

 

Pytam samą siebie, czy naprawdę dzieje się coś złego. Modlę się. Odpalam zdjęcia z wakacji. Planuję, oszczędzam, sprawdzam jeszcze jeden raz. Robię proste rzeczy, które mogłaby mi doradzić mama czy koleżanka. Działają.

Lęk nie znika ale da się z nim żyć. Wolę dwa głębokie wdechy i kubek herbaty niż poszukiwania, które prowadziłam kiedyś. Może to jest porażka? Nie wiem. Cieszę się, że udało mi się z nim jakoś dogadać. Lęk uświadomił mi, że da się żyć z trudną przeszłością, z rozczarowaniami, straconymi okazjami. Da się żyć pomimo trudnych rzeczy, które się dzieją. Można posadzić je na ramieniu i iść dalej, przed siebie.

Nie zawsze można wygrać, zwłaszcza kiedy Twój przeciwnik jest tylko w Twojej głowie. Ale wiesz, nie zawsze trzeba wygrać, żeby mogło być po prostu dobrze.

 

P.S. A zdjęcie Wodogrzmotów Mickiewicza też zrobione z wysoka. W trakcie bałam się, że spadnę, poślizgnę się, upuszczę telefon albo że spadnie Szymon. Acha, i że wyjdzie nieostre.

 

Jeżeli myślisz, że ten wpis jest wartościowy, może komuś pomóc albo poruszył Cię – daj mi znać. Będzie mi miło, jeśli zechcesz go udostępnić na Facebooku albo powiesz o nim komuś bliskiemu, kto też dużo się boi.