Największy mit na temat życia, w który wszyscy wierzymy

mit, perfekcjonizm, blog, mikrożycie, mikrozycie, świeca, płatki kwiatów

Ostatnio jest mnie na blogu mniej. Rzadziej piszę, wolniej odpowiadam na komentarze, rzadziej wchodzę na inne blogi. Częściej myślę, że jestem zmęczona. Szablon brzydki, zdjęcia kiepskie. Może nie warto.

Najczęściej myślę o tym, że kurka, jak ja mam Wam pisać o życiu prostym i dobrym skoro moje ostatnio wcale takie nie jest? Większość wpisów na bloga powstaje w tramwaju – w drodze do lub z pracy. Czy to jest rzeczywiście takie piękne i proste, jak to życie, o którym chciałabym pisać? O którym marzę tak samo mocno jak Wy?

Blog nie jest przecież jedyny. Chciałabym, żeby moje mieszkanie było czyste i uporządkowane, bo to wprawia mnie w dobry nastrój. Chcę schudnąć, ćwiczyć, zdrowo gotować dla siebie i najbliższych. Przeczytać te książki, obejrzeć te filmy, pójść do tych kawiarni i odświeżyć ten niemiecki. Zadzwonić do wszystkich ludzi, z którymi chcę rozmawiać i do tych, z którymi nie chcę, ale powinnam. Upiec domowe ciasto, ułożyć włosy, pomalować paznokcie. Mieć czas dla siebie. Realizować się oraz rozwijać w pracy, która zajmuje mi 10 godzin dziennie wraz z dojazdami. Wszystko znieść, wszystkiemu podołać i we wszystkim pokładać nadzieję, że… jakoś to ogarnę.

Każdego dnia staram się od nowa. Wyjdzie mi jedna rzecz, nie uda się dziesięć ale niby wciąż bilans jest dodatni. Tylko dlaczego zdarzają mi się takie tygodnie jak ten, kiedy jestem po prostu zmęczona? Zdenerwowana. Smutna.

W takich sytuacjach bliska mi osoba mówi: Nie możesz mieć wszystkiego. Przecież wiem, odpowiadam. Dalej robię swoje.

Może też dałaś się złapać na ten mit? Przez całe życie słyszę, że jeśli tylko będę dostatecznie ciężko pracować to wszystko się uda. Oglądam telewizję i wydaje mi się, że istnieje takie życie, gdzie tańczę poprzez ogród i śnieżnobiałą kuchnię, smarując chleb na śniadanie dla całej rodziny. Na pewno ma je ta nielubiana koleżanka z gimnazjum, która wrzuciła na Facebooka zdjęcie z wakacji w ciepłych krajach. Są na świecie ludzie, którzy bez wysiłku i odrobiny stresu osiągają daleko więcej niż to, co ja. Tylko mnie z jakiegoś powodu się nie udaje.

Myślenie o tym, że można mieć w życiu wszystko to mit. Pułapka!

Zapędzam się w nią sama, wmawiając sobie, że nie staram się dostatecznie mocno. Że fakt posiadania pracy, kochających ludzi, zdrowia to nadal za mało. Że 80% to tyle co nic. Ma być ekstra albo wcale. A jeśli jest ekstra, ale tylko w jednej dziedzinie, to w sumie też jakby wcale nie było.

Jesteśmy mądrymi kobietami, które robią herbatę zagonionym przyjaciółkom i wiedzą, jak szkodliwy jest nadmierny perfekcjonizm. Jednak z jakiegoś powodu myślimy, że mit nas nie dotyczy. To nie grzech chcieć mocno, a do odważnych świat należy, więc dlaczego nie sprawdzić, jak to będzie? Być może ostatnio odpuściłam trzy kroki od mety. Teraz znowu wystarczy tylko postarać się… odrobinę bardziej.

Zastanawiam się, skąd jest w nas to chorobliwe przekonanie, że możliwe jest robienie absolutnie wszystkiego doskonale? Czy poczucie kontroli i bezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą wizja perfekcyjności, zagwarantują nam szczęście?

Wiecie, u mnie doszło już do tego, że nie ma w moim życiu przyjemności nie okupionej poczuciem winy. Zawsze jest jakiś inny cel, który trzeba realizować czy element codzienności wymagający okiełznania i nie powinnam, naprawdę nie powinnam, przechodzić nad tym do porządku dziennego. A przecież moje życie składa się głównie z pracy! Presja jest tak duża, że stresuje mnie to, że nie jestem w stanie wywiązać się z narzuconych sobie samej ram na odpoczynek. Stresuje mnie to, że w grudniu kupiłam książkę Alice Munro i do tej pory jej nie przeczytałam. Stresuje mnie blog i to, że znowu nie napisałam nowego wpisu oraz że nie odwiedzam regularnie blogów moich kilkuset stałych czytelników.

To mit, że proste i spokojne życie przyjdzie, jeśli tylko wcisnę w swój rozkład dnia trochę więcej. Jeszcze tylko umyję podłogę i nauczę się piętnastu nowych słówek w języku obcym. Lepiej się zorganizuję! Wtedy spotka mnie dzień jak z reklamy. Tego dnia wszystko pójdzie perfekcyjnie i jak z płatka. A kiedy zrobię to raz to moje dni już zawsze będą tak wyglądać.

Blondynka z okładki książki Alice Munro pyta mnie wtedy: Za kogo Ty się uważasz?

Jeżeli jedyny spokój, na jaki Cię stać to ten, kiedy odhaczysz wszystkie punkty z listy do zrobienia i wiesz już, że nie można się do Ciebie o nic przyczepić to bliżej temu do nerwicy niż prostoty i szczęścia. Daj spokój, przecież Beyonce na pewno nie sprząta swojego mieszkania sama! Kiedy Twoim życiowym priorytetem jest wszystko, to na pewno nie jesteś nim Ty – Twoje dobre samopoczucie, szczęście, zadowolenie. Prędzej czy później się nie wyrobisz. Spóźnisz. Zmęczysz. I skończysz na szlochaniu swojemu facetowi o tym, jaka to jesteś wykończona, prasując jednocześnie ubrania. Spotkało mnie to w zeszły czwartek.

Wierzę, że proste życie jest możliwe. Chciałabym odnaleźć ten spokój, który przychodzi nawet w środku huraganu. Chcę czuć się szczęśliwa niezależnie od tego, jak wiele rzeczy zostało do zrobienia. Poszukać prostoty w sobie, nie w tym, co na zewnątrz – rzucaniu pracy w korpo, domu jak z katalogu i zazdrosnym spojrzeniu sąsiadki, gdy idę z rodziną na spacer.

Można zrealizować mniej niż się chce, ale więcej niż nam się wydaje.

To jest trudne. Mit należy przeboleć i odchorować – bo czyż nie jest piękny? Byłoby cudownie, gdyby był możliwy. Więc smucę się i żałuję, ale także myślę, układam. Na pewno będą zmiany na blogu i w życiu, chociaż jeszcze nie wiem, jakie. Poza tym, że mam nadzieję, że będą to zmiany na lepsze.

P.S. Ten wpis na pewno nie powstałby, gdyby nie Marta. To dzięki jej wpisowi nabrałam odwagi do tego, żeby Wam powiedzieć o tym, co się u mnie dzieje, dlaczego mnie nie ma i że po prostu nie ogarniam.

Też tak czasami macie?