Jest dziewczyna, którą znam przez całe swoje życie. Kiedy miałyśmy po kilka lat, budowałyśmy ogródki w piaskownicy i jej siostra zawsze miała najładniejszy. Pamiętamy wszystkie swoje fryzjerskie eksperymenty z okresu dojrzewania. Uczestniczyłyśmy nawzajem w swoich pierwszych alkoholach i papierosach. Tysiące razy rozluźniałyśmy i zacieśniałyśmy kontakt, ale trzymamy się razem przez prawie dwadzieścia lat. Moja przyjaciółka.

Moja przyjaciółka to dziewczyna ze szczerego złota. Wstaje o bladym świcie, żeby pobiegać, zanim będzie musiała zająć się kilkuletnim siostrzeńcem. Potem jedzie do pracy w przedszkolu, gdzie czeka już otyły chłopiec z autyzmem. Przytula i całuje ją na powitanie. Po pracy moja przyjaciółka pakuje swoją babcię do samochodu i wozi ją wszędzie tam, gdzie siedemdziesięcioletnia kobieta może mieć cokolwiek do załatwienia. Czasami tnie drewno na opał, a ze znalezionych w garażu przedmiotów robi ogrodowe ozdoby i meble, ewentualnie produkuje DIY, jakiego na Pintereście próżno szukać. A w weekend jedzie na studia. Kiedy przychodzę do jej domu wiem, że czeka mnie magiczny czas.

Dodatkowo, K. to absolutny must have dla każdej panny młodej – rozśmieszy, przyniesie skrzynkę wódki, nawet udekoruje salę. Może dlatego, że ślub to jej najskrytsze marzenie i ta ślicznotka cierpliwie czeka, aż się spełni. Rozmawiamy o nim za każdym razem, kiedy się spotykamy. Ostatnio widziałyśmy się trzy tygodnie temu.

Wczoraj dostałam długiego smsa: „Zareczylam sie”. Cała reszta znaków to uśmiechnięte emotikonki.

Szczerze? W pierwszym momencie nie uwierzyłam. W następnym już uśmiechałam się od ucha do ucha. A dzisiaj sama nie wiem, co o tym myślę.

Nie jestem gotowa, żeby dorosnąć. Zrezygnować z letnich wypadów rowerowych nad ukochane jezioro i wieczornych ognisk, jazdy na sankach i patrzenia w gwiazdy, kiedy robimy sobie kulig. Nie chcę stracić wspólnych posiadówek przy piwie i śmiechu, kiedy robię jej makijaż na wesele. Cudze, oczywiście. Teraz w końcu będzie jej własne. I nie mam już wyjścia. Żaden urlop, żaden przyjazd na dłużej, żadne opady śniegu nie zatrzymają czasu w miejscu. Ale magia trwa dalej.

Bo moja przyjaciółka to osoba, której się chce.

Zabrać przyjaciółkę na szaloną wycieczkę do lasu. Wyciągnąć najlepszą zastawę i postawić kwiaty na stole, obok ciasteczek i herbaty. Ewentualnie wyciągnąć flaszkę wódki i usmażyć schabowe, bo przecież jakoś musimy pogadać. Objechać pół miasta w poszukiwaniu małej saperki bo na tydzień przed Wszystkimi Świętymi grób tuż obok Twojego dziadka nadal jest cały w chwastach. Przytulić dziecko, które nie jest jej własnym. Zrobić coś pożytecznego albo przyjemnego wtedy, kiedy jest na to czas.

Teraz to ja chcę być taką osobą. Kimś, do kogo miło będzie wrócić po kilku miesiącach nieobecności. Kimś, kto upiecze ciasto w wolny wieczór albo podwiezie babcię do lekarza. Kto przyniesie naręcze drewna na ognisko i kupi dzieciom lody. Kto będzie tworzył coraz piękniejsze, nowe wspomnienia, zamiast kurczowo trzymać się starych.

Kimś, kto wystroi się jak Beyonce na wesele przyjaciółki i będzie się na nim wspaniale bawić. Zawsze tak robimy.

Kurczę, już nie mogę się doczekać.