Podobno na wsi żyje się lepiej. Lubimy historie, w których bohater rzuca wszystko i wynosi się z miasta, by odnaleźć szczęście. Miejsce naszego zamieszkania ma spory wpływ na nasze samopoczucie, to prawda. Jednak czy przeprowadzka automatycznie rozwiąże wszystkie nasze problemy? Niby dobrze wiemy, że nie, ale nadal marzymy o domku z białym płotkiem. O sarnach podchodzących do okien. O podlewaniu róż w błękitnej koszuli niczym Judyta z „Nigdy w życiu”. Ten wpis jest właśnie dla tych z nas, które marzą o tym w swoich mieszkaniach w bloku, ale i dla tych, których mieszkanie na wsi nie cieszy. Jest też dla mnie, wychowanej na wsi ale od ośmiu lat mieszkającej w mieście i nadal tęskniącej.

 

Co naprawdę sprawia, że na wsi żyje się lepiej? Czy są to elementy, które możemy wprowadzić do swojego miejskiego życia, aby poczuć się szczęśliwsze?

 

Filmy o rzucaniu wszystkiego i uciekaniu w Bieszczady mówią jedną prawdziwą rzecz o tym, dlaczego na wsi żyje się lepiej. Po prostu, łatwiej tam o kontakt z naturą. A ta łagodzi obyczaje, koi nerwy, pozwala się odprężyć. Pola, łąki, lasy, śpiew ptaków i dzikie zwierzęta – takich widoków na ogół brakuje nam w mieście. Na wsi łatwiej też o czynne obcowanie z naturą, o możliwość wejścia z nią w kontakt poprzez zmysły. Można zmęczyć się przy pracy w ogródku, pójść na grzyby, zrobić sobie piknik na trawie bez wybierania się na wycieczkę z daleka od domu.

W mieście też nie jesteśmy pozbawieni doświadczania kontaktu z naturą. Natura to nie tylko pierwotne lasy i krystalicznie czyste rzeki, gdzie nie sposób spotkać drugiego człowieka. Choć w innej formie, to także miejskie parki, lasy komunalne, rosnące przed blokiem krzewy. Napisałam już kiedyś wpis o tym, jak mieć większy kontakt z naturą, kiedy mieszkasz w mieście. Czasami tęsknię za moim ukochanym jeziorem w środku lasu w pobliżu rodzinnego domu i nic nie jest mi go wtedy w stanie zastąpić. W wielu przypadkach jednak to moje wybory doprowadzają do tej tęsknoty – bo wolę oglądać serial albo siedzieć w domu zamiast wyjść do parku, do lasu czy zainwestować w kiełkownicę. Jeśli przyjrzymy się dokładnie, możliwości pozostawania w kontakcie z naturą w środku miasta naprawdę istnieją.

 

Duże miasto obfituje w intensywne doznania – światła, hałas, obecność innych ludzi, przyciągające wzrok reklamy.

Nadmiar tego typu bodźców powoduje zmęczenie, rozdrażnienie i uczucie przeciążenia. Nic dziwnego, że wielu wyjeżdżających z miasta na wieś, zachwyca się ciszą, spokojem, całkowitą ciemnością panującą w pokoju po zgaszeniu światła. Jednak także w mieście możemy nieco ograniczyć ilość docierających do nas bodźców. Najłatwiej zacząć od wystroju naszego mieszkania. Pomogą nam rolety, które odizolują nas od świateł i hałasu. Uspokajająca muzyka, łagodna kolorystyka i dbanie o przytulną atmosferę w domu to nasi kolejni sprzymierzeńcy we wprowadzaniu sielskiego, wiejskiego klimatu do naszych czterech ścian. Warto zastanowić się również nad tym, w jaki sposób zajmujemy się swoim stresem. Czy dbamy o to, aby odpowiednio wypocząć, zająć się po pracy czymś pożytecznym, rozwijać pozytywne nawyki? Dzięki temu szalejące światła, ruch uliczny czy tłok w tramwaju nie będą miały na nas aż tak dużego wpływu.

Jedną z pierwszych przychodzących mi do głowy refleksji na temat wiejskich społeczności jest poczucie wspólnoty. Na wsi ludzie potrzebują siebie zdecydowanie bardziej. Pozostają w bliższych relacjach, budują więzi oparte na wzajemności – nic dziwnego, skoro często rodziny znają się od dziada-pradziada. Jako nastolatkę bardzo mnie to denerwowało. W małej miejscowości wszyscy interesują się życiem swoich sąsiadów i trudno o anonimowość. Teraz jednak brakuje mi tego otoczenia ludźmi, tego „dzień dobry” rzucanego przy każdym mijanym domu. W mieście ludzie często pojawiają się tylko na chwile, są mniej ograniczeni przestrzenią, a zatem też pozostają w luźniejszym związku z osobami, które mieszkają tuż obok nich.

 

Jakość naszych relacji z innymi ma bezpośredni wpływ na nasze samopoczucie.

Może tu chodzić o tak zwane sieci wsparcia i budowanie kontaktów, dzięki którym możemy doświadczyć pomocy ze strony innych, ale mam wrażenie, że czasami chodzi zwyczajnie o uczucie samotności. O poczucie, że jest koło nas ktoś, z kim możemy porozmawiać choćby o pogodzie. Ktoś, kto zapuka do naszych drzwi jeśli nie zobaczy nas w ogródku przez kilka dni. O tę świadomość, że są na świecie ludzie, których obchodzi mój los. Dlaczego jednak nie zacząć tworzyć podobnych relacji w mieście? Zacznij od „dzień dobry”, krótkiej rozmowy w windzie, przytrzymania drzwi. Zaprzyjaźnij się ze sprzedawczynią z osiedlowego, zagadaj do zamiatającego liście dozorcy. Zapamiętuj twarze, które codziennie oglądasz w tramwaju. Albo poszukaj lokalnych inicjatyw – w Poznaniu w wielu dzielnicach powstają małe stowarzyszenia, komitety mieszkańców czy po prostu luźne grupy, których celem jest połączenie ze sobą ludzi mieszkających blisko i zainspirowanie ich do działania na rzecz swojego najbliższego otoczenia. Sprawdź na Facebooku!

Z kolei kiedy myślę o przeprowadzce na studia do Poznania, zawsze mam w głowie mój pierwszy dzień na uczelni. Na zajęcia wybrałam się ubrana tak, jak w liceum – w dżinsy, bluzkę i adidasy. W moim małym mieście te ubrania sprawdzały się świetnie. Na uczelni przeżyłam jednak szok. Okazało się, że inne dziewiętnastoletnie dziewczyny noszą szpilki, marynarki i wielkie kwieciste chusty. Po powrocie do mieszkania przyjrzałam się krytycznie swojej garderobie i wszystko nagle wydawało mi się brzydkie i sprane.

 

Na wsi pułap wymagań jest nieco mniejszy.

Nie ma presji, aby kończyć zagraniczne studia, robić milion szkoleń, kupować ubrania od projektantów. Chociaż większe możliwości sprawiają, że się rozwijamy i dostarczają nam ekscytujących wrażeń, to zwiększają też tempo naszego życia. Mniejsza liczba rozwiązań paradoksalnie ułatwia nam wybór. Sprawia, że decyzje, które podejmujemy wydają się do ogarnięcia – przynajmniej w kontekście życia w mieście.

Z mniejszą liczbą dostępnych opcji wiąże się też lepsza możliwość ich wykorzystania. Dużo łatwiej zwiedzić wszystkie restauracje w mieście, w którym jest ich pięć niż na przykład w Poznaniu. Wiele osób twierdzi, że na wsi nie ma co robić a w mieście więcej się dzieje – jest gdzie wyjść po pracy, mamy kino i teatr. Jednak w dużej metropolii nasze ulubione miejsca często są porozrzucane w sporej odległości od siebie. Na wsi lub w małym miasteczku wszędzie mamy blisko. Dzięki temu łatwiej wszędzie dotrzeć, zmobilizować się do wyjścia z domu i korzystać z możliwości, jakie mamy na miejscu. Coraz więcej takich miejscowości oferuje zresztą ciekawe formy rozrywki dla osób w każdym wieku. Moja rodzinna wieś leży trzy kilometry od miasteczka, w którym jest skansen z cyklicznymi imprezami, koncerty, kino, restauracje i kawiarnie. Do większego miasta z galeriami handlowymi, teatrem i multipleksem mamy czterdzieści minut. Tyle wynosi moja droga z domu do pracy w Poznaniu.

 

Przystępność, mierzalność i łatwość ogarnięcia dostępnych na wsi opcji sprawia, że czujemy się spokojniejsi.

W mieście nie sposób zorientować się we wszystkim. Strach przed tym, że coś nas omija to choroba naszych czasów, o której pisałam już tutaj. Na wsi zapadalność na nią jest znacznie niższa… pod warunkiem, że nie porównujemy dostępnych możliwości do wielkiego miasta.

Czy jest na to lekarstwo, które można zaaplikować w mieście? Wydaje mi się, że z tymi czynnikami walczy się najtrudniej. Bardzo podoba mi się jednak idea maksymalnego poznania i korzystania z możliwości, jakie oferuje nasza najbliższa okolica. Często nie wiemy, że w pobliżu naszego mieszkania znajduje się przytulna knajpka albo fantastyczna siłownia. Odkrywając naszą okolicę, zapuszczamy korzenie. Łatwiej poczuć związek z miejscem, które poznamy i z którym zaczną nas łączyć miłe wspomnienia.

Na końcu warto wspomnieć o tym, że wszystkie te czynniki składają się na prostą zależność – na wsi łatwiej jest dbać o zdrowie. Wiejskie życie nie jest pozbawione stresu, ale w porównaniu z wielkomiejskim tempem jawi się jako sielanka. Mamy dostęp do czystego powietrza i zdrowego jedzenia dobrej jakości. Możemy z łatwością znaleźć okazję i miejsce do ćwiczeń. O tym, jak walczyć z mniej sprzyjającymi zdrowiu warunkami życia w mieście planuję jednak osobny wpis. A może Wy macie jakieś sposoby na to, jak sobie z nimi radzić?

 

Niezależnie od tego, czy wierzymy w to, że na wsi żyje się lepiej niż w mieście, mieszkanie w małej miejscowości ma wiele plusów. Nic dziwnego, że tak wielu z nas o tym marzy! Jednak zanim przeprowadzimy się do naszego domu z ogródkiem, możemy zadbać o to, żeby nasze życie czerpało z typowo wiejskich pozytywów już teraz. Mam nadzieję, że mój post Wam się do tego przyda. 🙂

 

A co Wy o tym myślicie? Gdzie żyje się lepiej – na wsi czy w mieście? Dlaczego? Bardzo jestem ciekawa, jak na to patrzycie. Koniecznie dajcie znać w komentarzu! 🙂