Do napisania tego wpisu zainspirowały mnie mail od jednej z czytelniczek oraz – jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało – moja własna historia. Między wierszami wspominałam już na blogu o tym, że z wykształcenia jestem psychologiem. Więc jak to się stało, że (prawie) nigdy nie pracowałam i nie chcę pracować w zawodzie?

Zawsze byłam bardzo ambitna i jako licealistkę bardzo martwiło mnie to, że nie wiem, kim chciałabym zostać w przyszłości. Pomysłów była oczywiście cała masa – od wczesnego dzieciństwa kolejno chciałam zostać grafikiem, astronautą, pisarką, nauczycielką, lekarzem, znowu pisarką, fryzjerką… Aż w końcu, kiedy miałam siedemnaście lat, doznałam olśnienia. Skoro wszyscy przychodzą się do mnie wygadać i zapytać o radę to może uczynię z tego moją pracę? Postanowiłam, że będę psychologiem i będę pomagać innym.

Nietypowe złego początki

Nietypowe – bo generalnie moje marzenie o podawaniu herbaty pacjentowi we własnym jasnożółtym gabinecie przetrwało dość długo. Na studiach bywały lepsze i gorsze momenty. Od trzeciego roku zapobiegliwie zaliczałam niezliczoną ilość staży i praktyk, przerażona trudnymi perspektywami zawodowymi dla absolwentów mojego kierunku. Skończyłam nawet kurs terapeutyczny pierwszego stopnia. Termin oddania pracy magisterskiej zbliżał się coraz bardziej, a ja w międzyczasie zaczęłam pracę w call center. I wierzcie mi lub nie, ale dopiero wtedy zaczęła we mnie kiełkować myśl, że nie chcę pracować w zawodzie.

Kochane pieniążki przyślijcie rodzice

Spośród moich znajomych tylko nieliczni od razu po uniwersytecie byli w stanie utrzymywać się samodzielnie. Jak wszędzie, łatwiej jest znaleźć pracę psychologom z doświadczeniem. Większość uprawnień zdobywa się dzięki szkoleniom i kursom. Aby móc sobie na to wszystko pozwolić, potrzebny jest czas i… pieniądze. Bez nich nie ma sensu myśleć o kosztownych kursach terapeutycznych i zdobywaniu doświadczenia na bezpłatnych stażach, które często są jedyną opcją na to, aby nauczyć się zawodu w praktyce.

Najpewniejsze zatrudnienie jest w oświacie i placówkach zajmujących się dziećmi – o ile masz papier poświadczający Twoje umiejętności pedagogiczne. W większości takich ośrodków psychologów zatrudnia się na niepełny etat. Część moich znajomych pracowała jednocześnie nawet w czterech miejscach na raz!

Dla mnie – osoby ceniącej sobie poczucie bezpieczeństwa i bardzo zmotywowanej do tego, aby jak najszybciej stać się niezależną finansową – byłaby to bardzo trudna sytuacja. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że przez najbliższe lata mam żyć w niepewności co do tego, czy znajdę pracę, korzystając jednocześnie z dobroci mojego chłopaka i rodziców. Nie tędy droga.

Chcę mieć w końcu własne życie

Musicie wiedzieć, że psycholog pracuje przez cały czas. Jeśli akurat nie słucha pacjentów to jest na własnej terapii albo superwizji, rozważa przypadki, czyta fachową literaturę, dokształca się, rozwija, przygotowuje materiały. Aż tu nagle zaczęłam pracować w biurze i zetknęłam się z zupełnie innym światem.

Okazało się, że nawet jeśli pracuję dłużej niż osiem godzin, to i tak reszta dnia jest moja. Po pracy nie muszę już rozważać tego, jakie specyficzne uprawnienia ma mieć poszukiwany przez mojego klienta spawacz. Jedyne, o czym rozmawiamy to to, w jaki sposób należy zapłacić za wykonaną przeze mnie usługę. Przyjemnie było mieć pracę, która nie wymaga od Ciebie wypruwania z siebie wnętrzności a doskonalenie warsztatu to po prostu kolejne szkolenie lub przeczytana książka, a nie bolesne przepracowywanie własnych traum po to, by nie bolały Cię podobne historie pacjentów. Moje błędy nie mogły wyrządzić nikomu ogromnej krzywdy.

Dla kogoś takiego, jak ja praca jako psycholog będzie oznaczała to, że zawsze będę żyła życiem innych ludzi. A skoro tak, to nie chcę pracować w zawodzie.

Brak praktycznego przygotowania

Moje studia polegały w większości na czytaniu tekstów i dyskutowaniu o nich na zajęciach. Było to coś zupełnie innego, czego się spodziewałam – liczyłam bowiem, że dzięki nim zrozumiem, jak mogę pomóc innym i będę potrafiła to robić. Jednak nawet przy dużej ilości praktyk i staży jaką odbyłam brakowało mi połączenia pomiędzy teoretyczną wiedzą serwowaną na uniwersytecie a tym, co miałabym robić w mojej pracy. Bo po jakimś czasie możliwości pracy w zawodzie w końcu zaczęły się przede mną pojawiać.

Wtedy z reguły nachodziła mnie refleksja. Czy rzeczywiście umiałabym właściwie rozmawiać z osobą w głębokiej depresji? Z kimś, kto umiera na raka? Czy potrafiłabym poprowadzić zajęcia dla piątki ciężko upośledzonych osób, z którymi nawet najbliżsi nie potrafią nawiązać kontaktu? Czy jestem w stanie zorganizować ciekawe warsztaty profilaktyczne dla uczniów? (Tę pracę akurat podjęłam i na całe szczęście było to tylko dwutygodniowe zlecenie. Okazałam się beznadziejna i do dzisiaj mi wstyd na myśl o tym, jak zupełnie nie potrafiłam sobie poradzić z młodzieżą i jak bardzo byłam nieprofesjonalna.)

Miałam więc w kieszeni dyplom magistra studiów psychologicznych, ambitną pracę magisterską na twardym dysku i niemal ukończony kurs terapeutyczny, ale pod względem umiejętności zawodowych byłam niczym groszek polny w zielonym parowie.

Na psychologię idą ci, którzy chcą sobie sami pomóc

Takie zdanie usłyszał każdy student i absolwent psychologii – ja też. Wszyscy reagują na nie oburzeniem. Ale teraz, kiedy jestem już dwa lata po studiach, myślę sobie, że czasami coś w tym jest. Bardziej niż rynkowa wartość mojego dyplomu liczy się dla mnie to, co się w trakcie tych studiów ze mną stało.

Dzięki temu, że poszłam na psychologię nie dokuczają mi już tak bardzo kompleksy i nieśmiałość. Lepiej myślę o sobie, nie mam już tak dużych trudności z nawiązywaniem kontaktów z innymi, nie rozpamiętuję przeszłości. Mam dużo większą wiedzę dotyczącą samej siebie i ludzi wokół mnie, z której korzystam na co dzień. Jest to dla mnie cenna wartość, ale czy nadal, tak jak kiedyś w liceum, chciałabym uczynić z tego moją pracę? Zdecydowanie nie.

Nie pracujesz w poradni? Jesteś nieudacznikiem!

Choć większość znanych mi psychologów to naprawdę świetni ludzie to kiedy przyznawałam się do tego, że nie chcę pracować w zawodzie często spotykałam się z pewnym specyficznym traktowaniem. Ludzie słyszą bowiem w takiej wypowiedzi tylko jedno – to, że odniosłaś porażkę.

Rzadko kto wierzył w to, że ja rzeczywiście nie chcę pracować w zawodzie. Na ogół zaczynały się wtedy opowieści o tym, jaki ten rynek pracy w Polsce kiepski. Jak studia nas do niego nie przygotowały a dorosłe życie oszukało. Albo że mam się nie poddawać, bo przecież zawsze mogę szukać dalej.

Zdaję sobie sprawę, że większość moich rozmówców miała dobre intencje i z początku sama odpowiadałam w podobnym tonie. Uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak, kiedy mówiłam, że pracuję w HR i automatycznie robiło mi się wstyd. Zupełnie jakby fakt, że chodzę do uczciwej pracy, w której wykorzystuję swoje umiejętności, daję z siebie wszystko i zarabiam pieniądze był wyznacznikiem porażki. Tymczasem ja nie chcę pracować w zawodzie i nie muszę się z tego tłumaczyć.

Każdy chciałby być na Twoim miejscu

Godziny spędzane na przeglądaniu otrzymywanych CV uświadomiły mi, że nasze wykształcenie nie musi determinować tego, jakiej pracy się podejmiemy. Śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że większość osób, w wyniku świadomego wyboru lub przez przypadek, wykonuje zupełnie inną pracę niż to, co było ich pierwotnym pomysłem. I nie ma nic złego w tym, że nasza koncepcja na życie zmienia się, że poznajemy coś bliżej i stwierdzamy, że to nie dla nas.

Mam wrażenie, że praca w zawodzie jest w naszym kraju jakimś niesamowitym, złotym etosem. Nikt nie myśli o ogólnym niskim bezrobociu, bo liczy się tylko to, że z dwustu psychologów rocznie nie wszyscy zmieszczą się w poznańskich szpitalach i poradniach. Takie przekonanie może prowadzić do odwrotnego zjawiska- bo skoro już dostałaś tę wymarzoną przez setki osób pracę w poradni to spotkało Cię najwyższe szczęście. I nieważne, że dzieci Cię wkurzają i czujesz, że się tu marnujesz. W końcu każdy chciałby być na Twoim miejscu więc po prostu nie wolno Ci zrezygnować.

Coś Ci powiem. Ta osoba, która chciałaby być na Twoim miejscu wcale nie poczuje się lepiej przez to, że Ty będziesz się męczyć. Za to kiedy zrezygnujesz może pojawi się przed nią szansa na zdobycie pracy marzeń?

Nie chcę pracować w zawodzie czyli epilog

Dzisiaj, dwa lata po ukończeniu studiów, nadal jestem przekonana, że nie chcę pracować jako psycholog. Inspirować ludzi – tak. Pomagać im – tak. Ale do tego nie muszę otwierać własnego gabinetu i decydować się na pracę, która uczyniłaby mnie nieszczęśliwą. Od czego mam w końcu bloga?:)

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy w liceum zdecydowała się na inny kierunek studiów. Dzisiaj jednak nie ma to już żadnego znaczenia. Czy mam przez całe życie być wierna temu, co postanowiłam sobie jako siedemnastolatka? Jeśli tak, to do dzisiaj musiałabym nosić glany niezależnie od pogody.

Jakie były Wasze zawodowe losy? Pracujecie w wyuczonym zawodzie? W jaki sposób podjęłyście decyzję o wyborze przyszłego zawodu/kierunku studiów? Jestem ciekawa, jakie są Wasze doświadczenia i przemyślenia!

 

P.S. Kochani, mam do Was ogromną prośbę! Jeżeli spodobał Ci się ten wpis albo jakikolwiek inny na tym blogu lub jeśli czytasz mnie regularnie, proszę – polub mnie na Facebooku. Będę wdzięczna za Waszą pomoc bo sama niestety nie mam takiego zasięgu, żeby aż tak wypromować bloga, a zależy mi na tym, żeby zaglądało na niego coraz więcej osób. Wierzę w Wasze dobre serducha i dziękuję! <3