To jak nie jestem buntowniczką, to kim? Dziewczyną, która robi swojemu chłopakowi rano kanapki do pracy i gotuje obiady. Sprząta, prasuje, nigdy nie miała na głowie asymetrycznej fryzury. Kolekcjonuje przepisy, najlepiej od mamy i teściowej, żeby miały duszę i pachniały domem. Pracuje w korporacji i jakoś trudno jej pomyśleć, że miałaby rzucić etat. Lubi dostawać kwiaty, biżuterię i czekoladki. Ale nie zawsze tak było.

Byłam buntowniczką bardzo długo – właściwie prawie całe moje dorosłe życie. Nie wiem, jak to się stało, że z dziewczynki odmawiającej noszenia „chłopięcych” spodni stałam się bardzo gniewną nastolatką. Taką, która musiała stoczyć z każdym bitwę o wszystko, która miała zrobić wszystko inaczej i nie chciała być jak inne kobiety. Do tego stopnia, że nawet nie mam zdjęć z tamtego okresu bo wyglądałam jak chłopak. Brzydki chłopak. 🙂

Pewnego dnia po prostu z tego wyrosłam. Ale jest wiele kobiet, które na całe życie pozostają buntowniczkami. O takich kobietach mówi się, że są „hej do przodu”, że nie dadzą sobie w kaszę dmuchać i każdego potrafią przegadać. Diabeł je posyła tam, gdzie sam nie może. Kobiet, dla których zapanowała teraz moda na „zołzy” i „kobiety bez serca”.

 

Nikt nigdy nie zaprzeczał, że nie jestem buntowniczką.

Raczej słyszałam tylko, że jak będę mojemu facetowi gotować to mnie zostawi oraz, że jestem zbyt miła. Dorobiłam się nawet epitetu „Ania z Zielonego Wzgórza” w jednej z firm, w których próbowałam szukać pracy po studiach. Nigdy nie byłam zbyt zdolnym sprzedażowcem. Myślę, że wiele w tym zakresie się nie zmieniło. Nadal staram się być miła, lubię troszczyć się o innych, jestem raczej ugodowa i zdarza mi się odpuścić i przemilczeć tam, gdzie mogłabym walczyć o swoje.

Kiedy jednak myślę o tym, jaka byłam jeszcze kilka lat temu to dociera do mnie, jak bardzo byłam z tego powodu nieszczęśliwa. Bardzo chciałam być „hej do przodu”. Szukałam takich bohaterek w książkach i filmach i wciąż się złościłam – tak bardzo złościłam się na siebie, że jestem inna. Wstydziłam się tego, że nie umiem się bronić i zapominam języka w gębie. Nawet kiedy się stawiałam nigdy nie byłam z siebie zadowolona, bo zawsze musiałam się do tego zbierać długo i w mękach.

Nie ja jedna nie jestem buntowniczką! Nie mnie jedną wychowaną na grzeczną dziewczynkę. A jednak świat wygląda teraz tak, jakby dla takich kobiet nie było na nim miejsca. Żadna z nas nie chce być nazwana miłą za to każda – kobietą z charakterem. Przecież każda z nas go ma! Taki, a nie inny zestaw cech. Czy warto z jego powodu buntować się jeszcze przeciwko samej sobie? Mam wrażenie, że trochę same kręcimy na siebie bicz, wciąż robiąc na świecie miejsce tylko dla jednej kategorii kobiet. Grzecznych lub niegrzecznych, pięknych lub brzydkich, głupiutkich lub inteligentnych. Jeśli znajdziesz się w tej niewłaściwej, nic się nie martw – kobiety same sprowadzą Cię na właściwą drogę. Nie zastanawiając się przy tym wcale, dlaczego robisz facetowi te kanapki do pracy i że może im też by się podobało. Ważne, żeby trzymać fason.

 

Dojrzewanie to świadomość tego, jak wiele rzeczy nie wymaga naszego komentarza.

Bardzo lubię to zdanie. Pokazuje, jak w gruncie rzeczy z wiekiem coraz mniej rzeczy obdarzamy swoim zaangażowaniem. Myślę, że gdzieś pomiędzy tą „Anią z Zielonego Wzgórza” a dniem dzisiejszym przestałam angażować się w bycie twardą babką. Niestety utrudnia mi to życie i to bardzo. Nie jest mi łatwo egzekwować swoje prawa, wstydzę się sprzeciwu wyrażanego drżącym głosem choć to przecież też sprzeciw. Jedno zmieniło się jednak na pewno.

 

Nie chcę brać udziału w każdej wojnie.

Nie jestem buntowniczką. Znajduję wokół siebie mało rzeczy, o które naprawdę warto walczyć. Wkurzający sprzedawca w sklepie? Nie wymaga mojego komentarza. Sprzeczka w pracy, niedomyte naczynia na suszarce, życie polityczne w kraju – nie wymagają mojego komentarza. Potrafi zaboleć, kiedy ktoś uzna mnie za ciapę, jest bezczelny, przekracza moje granice. Często jednak nie toczę z nim wojen – bronię się, odchodząc. Odcinając kontakt, urywając rozmowę, idąc w kierunku czegoś innego. Nadal sądzę, że to mnie spektakularne niż otwarty sprzeciw. Ten przychodzi mi z trudem i chowam go na specjalne okazje.

 

Wiesz, co jest najlepsze w tym, że nie jestem buntowniczką?

Że mogę nią bywać wtedy, kiedy tego potrzebuję. Bez udawania, że jestem kimś innym. Kiedy trzeba walczyć o coś specjalnego. W sytuacjach, które wymagają mojego zdecydowanego komentarza.

 

Do wszystkich miłych dziewczyn – chciałabym, abyśmy sobie zaufały.

Zaufały, że będzie tak też w naszym przypadku. Że nie musimy obnosić pewności siebie i przebojowości jak tarczy, aby żyć dobrze, w zgodzie ze sobą. Że równie dobrą obroną jak atak jest zwrócenie swojej uwagi ku lepszym rzeczom.

Że kiedy znajdziemy właściwego faceta, właściwą pracę, przyjaciół i środowisko nie będziemy musiały się bać, że wszystko rozsypie się z powodu kanapki z szynką i ogórkiem. Chciałabym, żebyśmy szukały tego miejsca dla siebie i nie wierzyły w to, że świat może pomieścić tylko jeden typ człowieka. Chciałabym, żebyśmy były sobą i pokazywały, że szacunek można uzyskać i egzekwować na wiele różnych sposobów.

 

Chciałabym Wam też powiedzieć, że nie jesteście same. Jestem z Wami. Ja też nie jestem buntowniczką.