Marzec nie był dla mnie najradośniejszym miesiącem – co zresztą pewnie zdążyliście zauważyć po wpisach, które z rzadka pojawiały się wtedy na blogu. To był taki miesiąc, kiedy dużo się dzieje, ale jednocześnie wiele się myśli i dochodzi do wielu wniosków. Ich efekty pewnie zauważycie niedługo na blogu – a radości, które mimo wszystko spotkały mnie w minionym miesiącu, chętnie ujawnię Wam już teraz!

Radości miesiąca – marzec: rocznica ślubu dziadków

I to nie byle jaka bo pięćdziesiąta! Jestem ogromną szczęściarą – nie tylko mam wspaniałych dziadków, ale mogłam świętować to wydarzenie wspólnie z nimi. Z tej okazji udało mi się spotkać część rodziny, którą widuję rzadko. I wiecie co? Było świetnie. Im jestem starsza tym bardziej staję się rodzinna, tym ważniejsze stają się dla mnie te więzi.

Radości miesiąca – marzec: małe radości

Choćby hiacynt i Merci z okazji Dnia Kobiet. Albo bukiet tulipanów przyniesiony z Biedronki tak po prostu. Banoffee w słoiczku na osłodę nie do końca jeszcze wiosennej niedzieli. Wiosenne porządki. Zapach kwitnących drzew owocowych. Pierwszy w tym roku twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem. Zarezerwowanie hotelu na majowy wyjazd nad morze. Małe, codzienne radości, bez których nie przetrwałabym tego miesiąca.

Radości miesiąca – marzec: nowe ubrania

Uwielbiam te dwa momenty przejścia w ciągu roku, kiedy zamieniam ze sobą ciepłe oraz cienkie ubrania. Nie ma nic przyjemniejszego niż pierwszy ciepły dzień, kiedy można założyć ulubioną skórzaną kurtkę, baletki i okulary słoneczne. Z okazji wiosny byłam też na zakupach, aby uzupełnić swoją garderobę o cienkie koszule i delikatne bluzeczki, które tak bardzo lubię nosić, gdy robi się ciepło. Przeorganizowałam szafę tak, aby letnie ubrania znalazły się na lepiej dostępnej półce.

Kolejna taka przyjemność czeka mnie za kilka miesięcy, kiedy powoli zacznę wyciągać z szafy swetry i wełniane szaliki.

Radości miesiąca – marzec: wizyta u kosmetyczki

Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która chodzi do kosmetyczki. Właściwie aż do czasu, kiedy zaczęłam sama zarabiać byłam w salonie zaledwie dwa razy – z czego raz na przekłuwaniu uszu w podstawówce. Dwa lata temu postanowiłam jednak spróbować peelingu kawitacyjnego w nadziei, że pomoże na moje problemy z cerą. Od tamtej pory w moim ulubionym salonie jestem regularnie.

Nie chodzi tylko o sam peeling kawitacyjny, który bardzo pomógł mi wyprowadzić na prostą moją cerę. Chodzi o to, że muszę tam dojechać przez osiedle domków jednorodzinnych, które wygląda prawie jak moje rodzinne miasto i pachnie dymem z kominów. Chodzi o to, że z ulicy wchodzę prosto w czysty, biało-beżowy, łagodny kobiecy świat. Przez 30 minut jestem zaopiekowana, wygodnie rozłożona na podgrzewanym kocyku, otulona białym ręcznikiem i ładnymi zapachami – cytryny, mięty, drożdży i białych kwiatów. Nie mam jak wstać i zacząć sprzątać, realizować cele, nie mam nawet jak rozmyślać o pracy wśród tej spokojnej muzyki i przygaszonych świateł. To dla mnie za każdym razem święto. W marcu, po raz pierwszy od kilku miesięcy, poczułam, że muszę to dla siebie zrobić.

P.S. Jeśli jesteście z Poznania lub okolic – naprawdę bardzo mocno polecam Wam ten salon.

Radości miesiąca – marzec: ruch

Wraz z nadejściem wiosny nabrałam większej ochoty do ruszenia się z kanapy. Kiedy tylko mogłam, starałam się wplatać w swój plan dnia ćwiczenia. Kupiłam nawet matę do ćwiczeń w Biedronce i sama zdziwiłam się, jak bardzo taki sprzęt ułatwia ćwiczenie w domu.

Zdecydowanie wolę wyginać się przed laptopem niż zbiorowy fitness czy siłownię. Nie podoba mi się wizja głośnej muzyki, tłumu ludzi i wykrzykiwania motywacyjnych haseł, a w tym wszystkim ja, która nie może nadążyć za resztą grupy. Jeśli ćwiczę, to tylko w domu, włączając sobie filmiki z kanału Codziennie Fit, legendarne dziesięciominutówki Mel B czy te z programów Ewy Chodakowskiej, które nie będą w stanie mnie zabić.

Wystarczy kilkadziesiąt minut dziennie, a efekty są wspaniałe – lepiej śpię, szybciej spalam, a przede wszystkim rozładowuję nagromadzony stres. I kiedy ze względu na nadwerężoną kostkę nie mogłam ćwiczyć przez cały tydzień poczułam, jak bardzo mi tego brakuje.

Radości miesiąca – marzec: blogowe nominacje

Szczerze mówiąc w marcu dopadł mnie pierwszy poważny kryzys blogera. Zbiegło się to w czasie z ogólnym trudnym miesiącem i szczerze mówiąc obawiałam się, jak to się odbije na blogu. Tymczasem marzec przyniósł mi tak wiele dobrych emocji związanych z blogiem! Mikrożycie otrzymało w tym miesiącu chyba rekordową liczbę nominacji i poleceń:

  • od Anety z ZenBlog, której blog pojawiał się już u mnie wielokrotnie – dotyczy szeroko rozumianej równowagi w życiu i jest po prostu inspirującym, mądrym miejscem w sieci
  • Matyldy z CalmStation – jednego z moich ulubionych blogów, który dotyczy spokojnego życia w zgodzie z sobą
  • od Ani z SlimSizeMe, która prowadzi świetnego bloga o odchudzaniu oraz zdrowym i aktywnym stylu życia
  • od Marzeny z niezwykle motywującego i inspirującego bloga FitSpirit
  • od Agnieszki z pozytywnego i pełnego interesujących pomysłów na DIY bloga 321 start DIY

Nie wspomnę już o tym, jak wiele cudownych komentarzy oraz wsparcia dostałam w związku z tym postem, w którym szczerze opisałam Wam, jak ostatnio wygląda moje życie. I choć nie miałam jeszcze spokojnej chwili, aby należycie odpisać na te komentarze to wiedzcie, że wracałam do nich wiele razy w ciągu tego miesiąca – w tramwaju, kolejce w sklepie, przerwie w trakcie ciężkiego dnia w pracy. To dzięki Waszym słowom otuchy i docenienia Mikrożycie istnieje oraz jest jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu. Dziękuję Wam za to wszystko!

Jakie były Twoje powody do radości w ubiegłym miesiącu? Daj znać w komentarzu jak Ci minął marzec!