Życie na małą skalę zaczęło się u mnie od… wyjazdu. Tego najbardziej przerażającego, nieuchronnego, o którym wiedziałam już od podstawówki. Wyjazdu na studia. Przecież nie da się skończyć psychologii w wiosce, która rozmiarem przypomina Bullerbyn, prawda? Problemem było tylko to, w jakim mieście zamieszkać. Warszawa była najbliżej, ale tam dostałam się z listy rezerwowych i szczerze mówiąc jakoś nigdy mnie nie pociągała. To samo mogłam powiedzieć o Łodzi i Bydgoszczy. Kraków, Wrocław, Lublin, Szczecin – wszystkie te miasta były zbyt daleko od domu. I tak padło na Poznań, który całkiem spodobał mi się w trakcie jednej z licealnych wycieczek i otrzymał dobrą rekomendację od studiujących tutaj dwóch starszych kuzynek.

Nie wiedziałam nic o tym mieście ani o tym regionie. Nie znałam tu praktycznie nikogo. Zajęcia na uczelni były rzadko i trudno było kogoś poznać więc większość czasu spędzałam więc w mieszkaniu. Jedynym miejscem, jakie wtedy lubiłam w Poznaniu był dworzec kolejowy, bo kojarzył się z powrotem do domu. Długim, sześciogodzinnym, z minimum jedną przesiadką. Mniej więcej w połowie tej drogi zaczynałam trafiać na kolegów i koleżanki z rodzinnego miasta. Uśmiechniętych, w grupkach, siedzących w jednym z dwóch możliwych szynobusów do domu. Wszystko sprzysięgło się, aby te początki w Poznaniu nie należały do łatwych.

 

Nie przypuszczałam jednak, że tym, do czego najtrudniej będzie mi się przyzwyczaić będzie miasto samo w sobie.

Hałas i nigdy nie gasnące światła. Tramwaje biegnące w różnych kierunkach, smętne skarlałe drzewka w parkach, brudne powietrze zimą. Pozbawione smaku owoce w sklepach i pytanie, które okazało się palącym już w dniu rozpoczęcia roku akademickiego – gdzie tu się, u diabła, kupuje rajstopy skoro nigdzie nie ma małych sklepików?

W ciągu następnych pięciu lat moje odczucia co do tego miasta wciąż się zmieniały. Zawsze jednak byłam pewna, że wyniosę się z Poznania tak szybko, jak tylko dostanę do ręki dyplom ukończenia studiów. Miasto samo w sobie okazało się tym, do czego najtrudniej było mi się przyzwyczaić. Tramwaje biegnące w różnych kierunkach, smętne i skarlałe drzewka w parkach, brudne powietrze zimą. Hałas, nigdy nie gasnące światła. Szum nigdy nie cichnących odgłosów zza ściany w bloku. Marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Trójmieście i po pracy biec na plażę. Ogromnie tęskniłam za wsią – za ludźmi, których znam od dziecka, lasem i zwierzętami, za tym, że wszędzie jest blisko i wszystko jest znajome. Za ciszą, spokojem, przytulnością i domową atmosferą, której nie umiałam stworzyć w wynajmowanym mieszkaniu.

Kiedy poznałam mojego chłopaka stało się jasne, że kiedy się weźmie pod uwagę perspektywy zawodowe i odległość od obu domów rodzinnych to idealnym miejscem do życia staje się… właśnie Poznań. Musiałam zatem znaleźć jakiś sposób na to, żeby polubić to dziwne miasto, w którym ciągle remontuje się drogi, ludzie jedzą ziemniaki ugotowane w całości a prezenty na święta przynosi Gwiazdor.

Pamiętacie, jak pisałam Wam, dlaczego na wsi żyje się lepiej? Zastanawiałam się wtedy nad tym, co składało się na ten przyjazny, sielankowy obraz życia na wsi, który został w mojej głowie.

A potem postanowiłam, że skoro nie mieszkam już na wsi to będę sobie robić wieś w centrum w Poznania.

Co to właściwie dla mnie znaczy?

Przede wszystkim postanowiłam nieco okiełznać ten wielkomiejski świat. Zmniejszyć go i uczynić bardziej przytulnym. Zaczęłam od lepszego poznania naszej okolicy. Niedaleko bloku jest las miejski, tego dowiedzieliśmy się od razu po przeprowadzce. Nasze najbliższe otoczenie to wielkie blokowisko, ale pośród brzydkich budynków z wielkiej płyty znajdują się dokładnie te elementy, które pamiętam z dzieciństwa. Mały ryneczek, na którym można kupić pyszne owoce i warzywa od rolnika. Niewielka piekarenka, gdzie właściciele wyłożyli poduszki na parapecie, żeby można było na nich przycupnąć z ciepłą drożdżówką. Skwerki z ławeczkami pełnymi rozgadanych staruszek. Sklepiki z rajstopami i pasmanterią a wokół nich rabatki, na których kwitną krokusy.

Dopiero zaczynam wymyślać, jak tu żyć na małą skalę. Uczę się przełamywać, uśmiechać do sąsiadów, gawędzić z panią w osiedlowym sklepie. Wciąż mam z tyłu głowy świadomość, że nie będziemy mieszkać w wynajmowanym mieszkaniu na zawsze. Ale jest mi tutaj trochę mniej samotnie. Trochę mniej smutno, kiedy kwitną akacje przed blokiem, takie same jak za moim rodzinnym domem. Poznań to dla mnie wielokąt rozpięty pomiędzy ulubioną kawiarnią, skwerkiem przed Operą, budynkiem mojego biura, domem i marketem, do którego czasem chodzę po zakupy. Sama siebie oszukuję i wyobrażam sobie, że jazda tramwajem z pracy do domu to jak powrót z jednego miasta do drugiego. Takiego mniejszego, wiecie, z którego się dojeżdża.

 

Przyzwyczajam się do myśli, że pewnie tu zostanę.

W naszym mieszkaniu jest niewiele ozdób. To malutka kawalerka i nie wszystko możemy tutaj zmienić według swoich upodobań. Drugą rzeczą, którą postawiłam sobie za punkt honoru, było zbudowanie w niej takiej atmosfery, jaką chcemy mieć w swoim domu. Coraz częściej pachnie w niej domowym ciastem, koce i poduszki leżą w pogotowiu, na wypadek gdyby komuś było zimno. Mamy śmieszne kubki i wiele rodzajów herbaty w szafce. Robię wszystko, co mogę zrobić łatwo i szybko, aby tylko nasze mieszkanie nabrało przytulności.

 

Życie na małą skalę to dla mnie przede wszystkim… zdrowie.

Chcę, żebyśmy żyli zdrowo, mieli dostęp do świeżego jedzenia z lokalnych źródeł. Wciąż walczę z lenistwem w sobotę rano: pospać dłużej i zrobić zakupy w Biedronce czy śmigać na ryneczek i do mięsnego? Przywożę od mamy jajka i suszone grzyby. Eksperyment z hodowaniem ziół nie wypalił, bo mięta całkiem zarosła nam jedno z okien, ale może na wiosnę wyrosną nam kiełki? Póki co wertuję starą książkę kucharską mojej mamy i szukam sprawdzonych, tradycyjnych przepisów.

Jest jednak coś, czego w życiu w mieście naprawdę nie mogę zrozumieć. Ludzie zostawiają na śmietniku tak kuriozalne sprzęty, że czasami ręce mi opadają. Wiosną wszystkie krzewy bzu w parkach są ogołocone. A ja chciałabym dbać o środowisko, chociaż nasze otoczenie temu nie sprzyja. Więc myjemy meble octem, obserwujemy gniazdo kwiczoła na akacji przed blokiem, zanosimy baterie do specjalnych pojemników na odpady. Tyle jeszcze muszę się w tej kwestii nauczyć! To dopiero początek mojej walki o białe święta co roku.

 

Wciąż wolałabym Trójmiasto jako miejsce do życia.

Bardziej realistycznie jednak marzę o domu pod Poznaniem i wiem, że pewnie będziemy do tego dążyć. Zrozumiałam w końcu, że to głupie – marnować czas na tęsknienie za jakimś innym miejscem do życia. To nie ma znaczenia to, że Poznań jest duży. Cudownie jest czerpać z jego możliwości, ale na dłuższą metę niepotrzebna mi niezliczona liczba restauracji do odwiedzenia, rozrywek do spróbowania, miejsc, na których odwiedzenie na pewno nie starczy mi czasu.

Zrozumiałam, że nawet w dużym mieście mogę żyć z umiarem i na małą skalę. Zupełnie, jakby las obok domu i kilka pobliskich sklepów miało być wszystkim, co mnie otacza. Chcę stworzyć świat „do ogarnięcia”, który zmieści się w dłoni i pozwoli mi odetchnąć. Niezależnie od tego, gdzie będę mieszkać.

 

A Ty, czy jesteś zadowolona z tego, gdzie mieszkasz? Jakie jest Twoje wymarzone miejsce do życia? Może też nauczyłaś się lubić swoje otoczenie? Koniecznie zostaw po sobie ślad w komentarzu. 🙂 A jeśli podobał Ci się ten wpis, polub mój profil na Facebooku i Instagramie żeby zawsze być na bieżąco z tym, co słychać na blogu Mikrożycie. 🙂