Skręcamy w lewo i od razu robi się ciężko. Złotawa mgła piaszczystego pyłu otacza nasz samochód. Poprzez sosny i drzewa o rudziejących liściach jedziemy, by zobaczyć strumyk.

Z drogi wystają czarne korzenie drzew niczym palce staruszków. Auto podskakuje na każdym z nich, a razem z nim my, moja torba i butelka wody niegazowanej. Wyraźnie słyszeliśmy, jak brzuch samochodu zaszurał o podłoże.

To nic, to tylko lekko o tłumiczek.

Las jest piękny, dziki, nieporządny. Pełno w nim światła, drobnych krzewinek oraz porzuconych gałęzi. Ślizgając się i kołysząc na piasku pikujemy w dół drogi. Przed nami wyrasta górka tak wysoka, że przez szerokość tylnego siedzenia wymieniamy przestraszone spojrzenia. Tata zaciąga ręczny. Toyota daje radę.

Raz w tygodniu, w niedzielę, trzeba było zameldować się u mamy, żeby mogła zobaczyć, czy gęby nie za bardzo obite. Potem już była spokojna i można było wziąć trochę jedzenia ruszać z powrotem. Czasem tata nas podwoził ciężarówką, kiedy miał kurs po drodze. A my z plecakami, namiotami, gitarami – miesiąc nas nie było.

Do wody wchodziliśmy powoli, ale na długo, chociaż pętała nam kostki przejmującym zimnem. Kiedy już na brzegu wycierałam się ręcznikiem nad naszymi głowami z drzew spadały liście. Mieliśmy już wracać do domu. Zamiast tego pojechaliśmy poprzez działki, huśtawki, grille i huczące disco polo wokół jeziora. Moje wilgotne włosy pachną mocno, kiedy zakręcamy ostro nad stromym brzegiem i zatrzymujemy się.

Tutaj stały nasze namioty.

Droga, którą jeszcze przed chwilą jechaliśmy zamienia się w zabłąkaną ścieżkę. Za naszymi plecami bluszcz porasta potężne filary drzew. Korony czarnego bzu kołyszą się w rytm pradawnych modłów. Światło przenika liście niczym witraż, malując złote polichromie na drodze przed nami, na tafli jeziora, we włosach i w oczach.

drzewo, jesień, światło, las

Dochodzimy do niewielkiej polany. Śluza przerdzewiała i nie działa. W kałuży, która kiedyś była strumykiem, taplają się maleńkie rybki.

Niedaleko są stawy rybne. Otwieraliśmy tę śluzę, a ryby przypływały tutaj i myśmy je łapali. Liny i okonie, bo to pyszne białe mięso. Jak otwieraliśmy ją na zbyt długo to przychodzili ludzie z tych stawów. Psuliśmy im połowy.

Szukamy miejsca pozbawionego mułu i na tyle łagodnego, by móc zejść do wody. Jest! Maleńka plaża wśród trzcin. Beznogi, drewniany pomost prowadzi prosto w głębiny. Idę nim tak długo, jak się da. Zaczynam się chwiać, a las, niebo i jezioro migoczą mi przed oczyma.

jezioro, pomost, woda, trzciny

Zadziwiające! Woda jest tutaj przezroczysta – nie brązowa i zmącona jak na naszym kąpielisku. Na dnie pełno kruchych, bielutkich muszelek. Widać kamienie i omułki, kryształowy piasek.

Byli tutaj naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego. Badali ryby. Jak już je złapali, czyścili je dokładnie, wycierali do sucha a potem obkładali liśćmi pokrzywy. Wieźli je tak do Warszawy i nic im nie było. Mówili, że to jezioro to unikat na skalę kraju i że były tu wilki.

Pokazuje stromy, piaszczysty klif. Stamtąd przyszli milicjanci, którzy obcięli i zabrali gówniarzom wszystkie przynęty z wędek. Tam mógłby wspiąć się wilk, by zawyć do księżyca jak w telewizji.

Przyjechała tu kiedyś delegacja na święto partyjne. Sklepy pozamykane, a my głodni, bo rano zjedliśmy ostatnią kaszę. Zapytali, czy pożyczymy im ogniska. Ogniska się nie żałuje. A oni wyciągają – homary, kawiory, kiełbasy. Ale chyba się zorientowali, że jesteśmy głodni, bo zaczęliśmy im tak do ognia dokładać, żeby się lepiej paliło. I dali nam jeść wtedy. A tak to jedliśmy grzyby, ryby…

Niebo jest blade – pomarańczowe i różowawe jak nad zaoranym polem. Drzewa na drugim brzegu jeziora, które latem wydają się czarne, dzisiaj wyglądają na ciemnoniebieskie, przygaszone. Dzieli nas od nich dziesięć kilometrów. Trzy od najbliższej asfaltowej drogi.

jezioro, drzewa, las, spokój

Nie ma tu nikogo poza nami. Nie było.

Nie byłem tu od trzydziestu lat.


Gdzie zabierzesz swoje dziecko, kiedy będziesz dorosła? O jakich wspomnieniach mu opowiesz?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz