Jakiś czas temu w internecie zrobiło się dość głośno wokół artykułu o tytule ‚This Is What Self-Care REALLY means because it’s not all salt baths and chocolate cake‚. Polecam go Wam serdecznie – w celny, mocny sposób uświadamia nam, że naprawdę musimy zrobić wszystko, bo zbudować dla siebie samych dobre życie. Dla mnie ten tekst dotyczy przede wszystkim innej ważnej dla mnie kwestii. Jest nią życiowy umiar.

Autorka wpisu zwraca uwagę na to, jak często postrzegamy dbanie o siebie przez pryzmat folgowania sobie i zalewania samych siebie przyjemnościami. Mam wrażenie, że dla kobiet jest to niemal kwestia poprawności politycznej. W standardowym serialu i filmie skierowanym do kobiet troska o siebie łączy się z zakupoholizmem i objadaniem lodami przed telewizorem. Wypada nam to robić, aby udowodnić innym, że nie jesteśmy zaniedbane i podporządkowane innym. Nie należy absolutnie przyznawać się do tego, że gotuje się mężowi obiad, czeka z zakupem torebki do pierwszego i unika słodyczy, żeby stracić na wadze. Kobiety, które tak robią, nie dbają o siebie. Koniec i kropka.

 

Życie kompletnie pozbawione przyjemności jest niezwykle smutne i trudne.

Śmiejemy się ze stereotypu Matki Polki i bezradnie kręcimy głowami, gdy nasze mamy prasują ojcom koszule. Jednak w ucieczce od tych wzorców zapomniałyśmy jakby, że życie wypełnione przyjemnościami po brzegi również nie jest dobre. Tym bardziej, jeśli sięgamy głównie po te łatwo dostępne – jedzenie, ubrania, nowe zabiegi i rozrywki.

 

Przedmioty i rozrywki nie są tym, czego ludzie pragną samych w sobie.

Pragniemy tego, z czym się nam kojarzą i co dla nas symbolizują. Tym czymś jest zaspokojenie naszych prawdziwych potrzeb.

Na najniższym, podstawowym szczeblu mogą to być potrzeby fizjologiczne. Na przykład potrzeba snu, którą bardzo łatwo jest pozornie zaspokoić zapisując się na relaksujący masaż czy kupując kawę w kolorowych kubku. Następny poziom to potrzeba bezpieczeństwa a wraz z nią wizerunek kocyka i herbatki, który tak mocno przemawia do naszej wyobraźni. Z następną w kolejności potrzebą przynależności doskonale poradzą sobie drogie gadżety, najnowszy telefon czy karnet na zumbę. Modne wczasy i wyjście do drogiej restauracji mogą nam zapewnić spokój w zakresie potrzeby uznania. A najwyższa w hierarchii potrzeba samorealizacji? Może kolejne warsztaty rozwoju osobistego, kolejna bardzo mądra książka, z której kompletnie nic nie zapamiętamy? O pułapkach rozwoju osobistego doskonale pisała swego czasu Matylda z Calm Station. Jestem pewna, że każdy z nas mógłby wyliczyć ich mnóstwo w zakresie każdej z potrzeb.

Stosowany umiar może nam pomóc zauważyć właściwe potrzeby, które kryją się pod chęcią wstąpienia do cukierni czy scrollowaniem AliExpress. Rzadko ich doświadczanie może mieć dla nas pozytywne konotacje – gdyby tak było, nie musielibyśmy od nich uciekać. W czasach, gdy wszystkich swoich znajomych możemy zmieścić w małym pudełeczku, wcale nie jest łatwo pochylić się nad tym, jak wiele w życiu nie układa się po naszej myśli. Jednak  jest to jedynym sposobem na to, aby dostarczyć swoim rzeczywistym potrzebom trwałego zaspokojenia. Nieopanowane zakupy, obżarstwo czy alkohol tylko zagłuszają to, za czym tęsknimy naprawdę.

 

W jednym z moich ostatnich wpisów umiar pojawił się jako składowa prostego życia. Bardzo ucieszyłam się, kiedy cytat z tamtego wpisu przeczytałam na blogu Anety z Zenblog.pl. Napisałam wtedy:

Zachowanie umiaru w życiu wydobywa czar pięknych wspomnień i przedmiotów.

Ludzki mózg jest skonstruowany tak, aby wyłapywać elementy odbiegające od tego, co znane. Im częściej coś nas spotyka tym mniej na nas oddziałuje. Umiar pomoże nam jednak dostrzec wartość przedmiotów, potraw i relacji, z których składa się nasza codzienność. Wystarczy ograniczyć pewne bodźce na jakiś czas, aby na nowo wzbudzały w nas silniejsze emocje. Zupełnie jak wtedy, kiedy po przymusowym detoksie od telefonu na nowo doceniłam możliwość porozmawiania przez telefon z bliskimi! Czasami to, czego potrzebujemy, aby uświadomić sobie, że mamy już wszystko, to odrobina przestrzeni na to, aby to zauważyć. Przestrzeni wolnej od elementów, które wrzucamy w nią na siłę, aby zagłuszyć tę z pozoru niemożliwą do zniesienia pustkę.

 

Wiecie, to wcale nie jest tak, że musimy zrezygnować ze wszelkich przyjemności. Kajmakowych babeczek, ładnie pachnących świeczuszek, skarpetek w reniferki, którym przez 90% czasu w roku jakoś brakuje kontekstu. Ja na pewno bym nie umiała! Proste życie i skrajny minimalizm niekoniecznie muszą iść ze sobą w parze.

Na ten sam kawałek ciasta możemy jednak patrzeć w dwojaki sposób.

Możemy postrzegać go z pozycji deficytu – nie będę sobie odmawiać, raz się żyje, należy mi się. W tej postawie tak naprawdę kryje się sporo braku – niepewności co do dobrego jutra, przypadkowości w szukaniu ukojenia, rozpaczliwej potrzeby zagłuszania pustki. Można jednak potraktować to samo ciasto inaczej. Uznać, że mam w tej chwili wszystko, czego mi potrzeba, więc nie muszę jeść ciasta. Można stwierdzić, że za godzinę będzie ono jak znalazł, odpowiadając tym samym na swoje rzeczywiste potrzeby i dbając o ich zaspokojenie. Można przejść obojętnie obok sklepowej wystawy, wiedząc o tym, że gdy naprawdę zapragniemy czekoladowego ciasta, spokojnie uda nam się je znaleźć. Można zdecydować, że chcemy w pełni cieszyć się ciastem upieczonym przez babcię dla wnuków w Dzień Babci.

A to nic innego jak wdzięczność. Szacunek i uważność. To świadomość swoich prawdziwych potrzeb. Zaufanie do świata. Umiar.

A jaki jest Twój sekretny sposób na to, by cieszyć się życiem?