Wysyłam ostatnie maile. Nowe napływają przez cały czas ale odłożę te sprawy na później. Niech czekają w przyszłość, bo ta chwila i jej spokój są dla mnie dużo ważniejsze. Czekam, nie zadając pytań, nie budzę licha. Niech już wybije siedemnasta! O 16:58 wyłączam już komputer i szybko wyciszam telefon na biurku.

Jest czwartek, zwany Wielkim. Jesteśmy na zakupach w galerii. Niby chciałam spodnie ale nic mi się nie podoba, wszystko nie takie jak trzeba. On chciał zegarek ale wszystkie drogie. Snujemy się bez celu, coraz bardziej zmęczeni, objedzeni shoarmą, powolni. Wychodzimy. Dla nas jak zawsze za głośno, za dużo ludzi.

Rano budzę się pierwsza i już z mokrymi włosami wracam pod kołdrę, gdzie on śpi ciepło i mocno. Przez siedem minut przed dzwonkiem budzika świadomie delektuję się luksusem, którego przecież doświadczam co noc. Wspaniale jest obudzić się i poczuć jak mi dobrze wtedy, gdy nawet o tym nie wiem.

Niebo coraz bardziej szarzeje, kiedy my jemy razem śniadanie i pijemy kawę. Wszystko już spakowane w jedną walizkę. W tramwaju mnóstwo miejsca a miasto jest piękne o tej 6.30 bo wszyscy są jeszcze w łóżkach albo już w pracy.

Dworce kolejowe mają w sobie coś magicznego. Leżą na ziemi niczyjej, zawsze zwiastując inne miejsce. Wystarczy przekroczyć ich próg i już jesteś w podróży. Można nie lubić swojego miasta ale dworzec się lubi zawsze bo dworzec to stukot szyn i mokra burość za oknem, przesiadka w Kutnie gdzie obok dworca mają najlepsze drożdżówki i gdzie mieszkała moja prababcia więc to prawie jak dom. Dworzec to most na Wiśle i katedra w Płocku. Nigdy nie wiadomo, kto będzie akurat wracał do domu tym samym pociągiem, a na końcu tego wszystkiego jest znowu dworzec – odrapany, z lat dwudziestych – i ręka mamy, i ciepły obiad.

On idzie spać bo nad domem kłębią się szare chmury. Ja się wpasowuję od nowa – w pogawędkę z babcią, w zakupy i myjnię z tatą, we wspólne oglądanie telewizji wieczorem. W nocy śpię jak dziecko, na wygodnym, szerokim łóżku, pod czystą pościelą, z nim obok. Rano budzi mnie chłód bo w piecu zgasło.

Co robić, kiedy nie ma komputera do włączenia, mieszkania do posprzątania, pracy do której trzeba pójść? Można na przykład zrobić sałatkę jarzynową. Taką tradycyjną, z jarzynami od rosołu z flaczków, z jabłkiem i puszką groszku. Co roku kroi się ją coraz szybciej. Można z kubkiem kawy wyskoczyć do domu babci, po sąsiedzku, w starych adidasach człapiąc po mokrej trawie. Można pozapalać na cmentarzu świece.

Codziennie idziemy na prawdziwy spacer. Prawdziwy, bo raz nad rzekę, raz do lasu czy nad jezioro, a nie do sklepu czy wzdłuż osiedla. Idziemy na łączkę, na której jako dziecko wylegiwałam się na trawie i zbierałam najlepsze jeżyny, a złote słońce zawisało nad koronami drzew i brązową wodą w rzece. Wąchamy mokrą ziemię i podziwiamy most kolejowy w oddali. Drugiego dnia robimy piechotą dwanaście kilometrów, ale na końcu trasy czeka na nas cudowne jezioro z pomostem i para czapli. Ostatniego dnia idziemy razem tam, gdzie nie miałam odwagi iść sama – czy to w nowe miejsce, czy to dobrze znane z dzieciństwa, choć kompletnie zmienione przez czas.

Na Mazowszu istniał kiedyś dom idealny. Niewielki, drewniany, z kaflowymi piecami i kutą furteczką prowadzącą do frontowych drzwi między krzewami bzu. Budynki gospodarskie były z kamieni i cegły, stoją po dziś dzień. Z jednej strony była łąka, rzeka i zaraz za nią las. Z drugiej – młyn i rozlewisko, a na nim wyspa, gdzie odbywały się tańce. Był tam drewniany płotek i pięć wysokich jodeł, a kiedy na wiosnę woda wylała, starszy pan pływał do swojej stodoły w łódce. Tam też idziemy i choć On już nie może tego zobaczyć, w moich marzeniach ten dom jest nadal taki, jak kiedyś.

Kiedy już zje się pięć dużych posiłków, z czego trzy na słodko, niebo wieczorem przechodzi od turkusu i żółci w łagodny granat. Moja matka chrzestna robi najlepsze wino na świecie – wermut, który smakuje jak Martini i przepyszne wino porzeczkowe. Dla panów znajdzie się też karafka z Duchem Puszczy. Światło w kuchni jest ciepłe, żółte, mama i ja kroimy chleb, domowy pasztet i swojskie wędliny od pani Janeczki, a do tego ogórki, które mama latem wkłada do słoików, zawsze na dworze.

Od dziewięciu lat nie grałam na gitarze, ale teraz, kiedy tata kończy kolejną melodię, a On mnie prosi, po prostu się zgadzam.

Myślę o tym wszystkim już wtedy, kiedy o 6.30 jadę niemal pustym tramwajem przez niemal puste miasto, z głową opartą o szybę, aby spotkać ten długi i trudny dzień. Mijam dworzec. Zerkam na rzękę, gdy jedziemy przez most, niby jedna z większych w kraju, ale jakaś taka nie moja. Ta Wisła to jest dopiero coś! Myślę o tym, że wcale tego miasta nie lubię, bo należę do łąk z jeżynami, rozlewiska i lasu, do spokoju, snu i uśmiechu moich bliskich. Z Wielkanocy nie zostało już nic, są tylko zdjęcia, które zachłannie robiłam wszystkiemu – torom kolejowym, drzewom, krokusom w ogródku.

Ale na szafkach w kuchni postawiłam dzisiaj kwiaty. Wysprzątaliśmy mieszkanie. Przez półtorej godziny gawędziłam przez telefon z przyjaciółką i wcale nie jestem na siebie zła, że spałam tak długo.

A wczoraj kupiliśmy gitarę.