Po przeprowadzce do Poznania na studia przez bardzo długi czas nie mogłam polubić tego miasta. Nie podobało mi się, że jest w nim głośno, brudno, tłoczno a wszystkie potrzebne miejsce są oddalone od siebie zamiast – jak w moim małym miasteczku – być tuż obok siebie. Trudno było mi znaleźć potrzebne sklepy czy parki, kina, lodowiska… W efekcie chcąc załatwić pilne sprawy lub miło spędzić czas, wędrowałam po całym Poznaniu. Zmęczona, w wiecznym niedoczasie i z niemiłym poczuciem, że to miasto jest po prostu zbyt duże od ogarnięcia.

Razem ze studiami skończył się okres przeprowadzek i obecnie mieszkam w tej samej części Poznania od trzech lat. Kiedy przestałam się przenosić okazało się, że tak, jak w małym mieście, w pobliżu mojego bloku mogę znaleźć wszystko, co potrzebne mi do życia. Wystarczyło zawęzić pole poszukiwań do najbliższej okolicy i poznać ją naprawdę dobrze. Życie w Poznaniu do złudzenia przypomina życie w małym mieście. Wcale nie trzeba rzucać wszystkiego i uciekać w Bieszczady, żeby cieszyć się spokojem, bliskością natury czy wszelkich możliwych udogodnień jak sklepy, przychodnie czy kawiarnie.

To, czego potrzebujemy to zmiana myślenia. Uświadomienie sobie, że takie mikrożycie możemy prowadzić w niemal każdym miejscu na ziemi. Nie ma znaczenia czy to prawdziwa wieś czy wioska w wielkim mieście – wszystko czego potrzebujemy i tak znajduje się w nas.

 

Były jeszcze inne rzeczy, dzięki którym moja dzielnica Poznania jest jak moja własna wioska w wielkim mieście.

 

Spacery

Czyli dlugotrwałe, pełne zaciekawienia odkrywanie okolicy. Zapamiętywanie określonych miejsc i w miarę upływu czasu wybieranie coraz bardziej nieoczywistych ścieżek. Wstępowanie do lokalnych sklepików aby przekonać się, co można w nich znaleźć. Pozwolenie sobie na włóczenie się bez celu, by po drodze natrafić na nieoczekiwany skwerek, automat z mlekiem prosto od krowy albo malutką kwiaciarenkę.

W mojej okolicy coraz mniej jest zakątków, w których jeszcze nie byłam. Tym, co sprawia, że czuję większą więź z miejscem, w którym mieszkam jest możliwość obserwowania zmian, jakie zachodzą w moim otoczeniu – powstających budynków, posadzonych drzew… Daje miłe poczucie bycia kimś „stąd”, kto zna tutaj każdy kąt.

Google Maps

Oczywiście na samym początku nie wiedziałam jeszcze, gdzie powinnam udać się na zakupy albo gdzie znajdę najbliższy park. Z pomocą przyszły mi mapy Google. Sporo czasu po przeprowadzce a także o wiele później spędziłam na wyszukiwaniu ciekawych miejsc w okolicy na mapie. Pozwoliło mi to namierzyć sklepy czy miejsca, których nie dostrzegłabym w trakcie normalnych spacerów lub na które w pierwszej chwili nie zwróciłabym uwagi. Zaletą jest też możliwość znalezienie dokładnie tego konkretnego miejsca, którego potrzebujemy. To dzięki Google Maps udało mi się odkryć najbliższą bibliotekę w trakcie naszego wyzwania ekologicznego.

Nie bądź przechodniem – stań się mieszkańcem

Nawet najlepsza znajomość okolicy nie pomoże nam poczuć się w niej jak w domu jeżeli będzie po prostu bierna. Dopiero angażując się w otaczającą nas przestrzeń budujemy z nią emocjonalny związek. Nie było mi łatwo przemóc się, aby zacząć korzystać z siłowni na powietrzu czy biegać wokół okolicznych bloków. Bałam się, że będę obserwowana, ale kiedy już to zrobiłam poczułam się nagle o wiele lepiej tam, gdzie jestem. Przestrzeń wokół mnie przestała być anonimowa a ja przestałam być w niej tylko gościem.

Znajdź „swoje” miejsca

Na ich poszukiwanie składa się milion maleńkich decyzji. Decyzji, że warzywa kupuję zawsze w sobotę rano na straganie bo są najładniejsze. Że zakupy to w Lidlu albo w Biedronce, leki tylko w aptece na osiedlu. Że odetchnąć to tylko w lesie. Całkiem niedawno odkryłam, że nieopodal mamy niewielką knajpkę przypominającą klimatem miejsca, w których jedliśmy śniadanie w trakcie naszych wycieczek do Gdańska czy do Torunia. Nie mogę się już doczekać, kiedy ją odwiedzę i stworzę sobie małą tradycję związaną z odwiedzaniem tego miejsca regularnie. Nad tą rutyną i znalezieniem „swoich” małych zakątków pracuję obecnie najmocniej.

 

Muszę przyznać, że to podejście do miasta udziela mi się bardzo mocno także wtedy, gdy jestem poza Poznaniem.

Ostatnio w takiej właśnie mikroformie przebiegało nasze zwiedzanie Warszawy – to zdjęcie z tej wycieczki ilustruje dzisiejszy wpis. Wola to była kolejna wioska w wielkim mieście, którą udało nam się wtedy odkryć i możecie przeczytać o tym tutaj. Odkąd przestałam traktować Poznań całościowo, a zamiast tego skupiłam się na jego wycinku czuję się spokojniejsza i szczęśliwsza. Dojazd do pracy na drugi koniec miasta jest niczym dojeżdżanie do innej miejscowości. Nawet wyprawy do obfitującego w rozrywki centrum są okraszone miłą myślą, że na krańcu Poznania czeka na mnie moja mała wioseczka, w której zapuściłam korzenie.

 

Jestem ciekawa, gdzie mieszkasz – w dużym/małym mieście, może na wsi? Co najbardziej lubisz w swojej okolicy? Jakie miejsca najchętniej odwiedzasz? Opowiedz mi nieco o tym w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się mój post zachęcam Cię do jego udostępniania i polubienia na Facebooku.