Piszę ten wpis w niedzielę rano, o mojej najbardziej kreatywnej porze w ciągu tygodnia (nawet lekcje zawsze odrabiałam w tym czasie). Zrobiłam proste, dobre śniadanie, którego pewnie nie powinnam pokazywać na Instagramie. Szymon jeszcze śpi więc jak zawsze w takich przypadkach piszę do Was… z łazienki, mojego prywatnego domowego biura. 🙂 Piszę, żeby Wam opowiedzieć, że wszystko u mnie w porządku.

Ostatnio właśnie to odpowiadam, kiedy znajomi pytają, co u mnie słychać. To prawda. Niby nic się nie zmieniło – nadal ta sama praca i ten sam stres, to samo mieszkanie, które mogłoby być większe – ale jednak czuję się inaczej. Dzisiaj już chyba nie umiałabym napisać tego wpisu.

Nie wiem, w którym momencie się zaczęło, ale coraz rzadziej mam ochotę złapać za słuchawkę i dzwonić do kogoś w środku nocy, żeby się wygadać. Nadal zdarzają mi się tyrady żali, ale nierzadko sama ucinam je w połowie. Był czas, że nie wyobrażałam sobie przechodzenia przez problemy w taki sposób. Musiałam dyskutować o każdej negatywnej emocji, każdym przykrym wydarzeniu – najlepiej z kilkoma różnymi osobami. Zawsze była u mnie burza i nadal często jest, bo mój znak zodiaku to kryptocholeryk. Ale z każdym dniem czuję większy spokój.

W moim życiu nie zaszła żadna rewolucja – wręcz przeciwnie, było i nadal jest w tym roku wiele zmartwień. Nabrałam jednak jakiejś pewności, że wszystkie trudności są przejściowe. Kiedy się pojawiają, spokojnie robię swoje. Nie rzucam wszystkiego, żeby się ich pozbyć, tworząc wokół siebie tornado o natężeniu dziesięciu stopni w skali dramatu. Nie poruszam się już naturalnie po ciemnej stronie mocy. To dobre dni, spokój i radość stały się dla mnie normą. To naturalne, że niezależnie od okoliczności wszystko u mnie w porządku.

 

Wiem, myślę i czuję, że wszystko u mnie w porządku, nawet jeśli nadal czasem reaguję inaczej.

Stare nawyki nie poddają się tak szybko. Zazwyczaj nie czuję jednak potrzeby przejmowania się każdym gorszym dniem, każdym skwaśniałym mlekiem i wszystkim, co mnie złości. Dużo łatwiej jest mi się skupić na tym, co dobrego kryje się w każdej sytuacji. Ładna pogoda, uśmiech kogoś bliskiego, smaczne jedzenie, konkretne działanie zamiast pogrążania się w smutku – to wszystko samo z siebie pojawia się na pierwszym planie.

Czy to znaczy, że u mnie jest nudno? Nie wiem. Podoba mi się tak, jak jest. Wiele czasu spędziłam pracując nad tym, żeby być tu, gdzie jestem. Kiedyś myślałam, że o wszystko muszę walczyć i nie mogę sobie odpuścić nawet na sekundę, bo moje starania pójdą na marne. Dzisiaj odpuszczam i coraz więcej rzeczy układa się po mojej myśli. Kiedyś zawsze chciałam się pokłócić i wygrać, dzisiaj wolę się dogadać, powiedzieć o tym, co mnie boli spokojnie. Kiedyś nie mogłam spać, bo zastanawiałam się, co pomyślą sobie o mnie inni, a dzisiaj zastanawiam się, co ja o nich myślę. I kiedy ktoś pyta mnie o to, co u mnie słychać, nie mam ochoty tłumaczyć swojego życia na tragikomedię. Nie chce mi się sztucznie go ubarwiać albo wyszukiwać zdarzeń, które mogłabym przedstawić jako piorunujące, kiedy w rzeczywistości wcale ich tak nie odebrałam. Tak samo jak nie chcę brać w tym udziału, kiedy robi to ktoś inny.

 

Nie chcę udawać, że problemów nie ma.

Nie zrozum mnie źle. Nie mam zamiaru zamiatać zmartwień pod dywan lub odwracać się od przyjaciół, którzy przechodzą trudne chwilę. Nie chcę jednak nadawać negatywnym emocjom i wydarzeniom mocy niszczenia całego dobra wokół nas. Chcę niezależnie od okoliczności doceniać pozytywy w moim życiu i wspierać w tym innych. Myślę, że wychodzi mi to lepiej niż walka o tytuł drama queen roku.

Kiedy myślę o tym, jak to wszystko się zadziało, niby samo z siebie, to myślę sobie, że praca nad sobą jest trochę jak hodowanie roślin. Zasiewamy ziarenko, podlewamy je – a tu nic. Zero efektów. Jednak jeśli będziemy wytrwałe pewnego dnia z ziemi zacznie wystawać mały, zielony pęd.  Tak samo działania, które podejmujemy, żeby zmienić samych siebie często wydają się nie przynosić rezultatu. Jeżeli zastosujemy trzy niezbędne czynniki – wiarę w to, że nasze działania przyniosą skutek, czas potrzebny do wprowadzenia zmiany i wytrwałe dążenie do celu – któregoś dnia obudzimy się, uświadamiając sobie, że to, nad czym tak pracowałyśmy stało się już rzeczywistością.

Cieszę się, że ta roślinka wyrosła i tylko martwię się czasami, żeby nic jej się nie stało. Potem przypominam sobie, że przecież już tak nie myślę i uśmiecham się, bo znowu wybrałam właściwą reakcję. Zastanawiam się też, co jeszcze uda mi się wyhodować. Może w następnej kolejności nabiorę pewności siebie? Bez trudu będę utrzymywać zdrową dietę i zacznę bardziej dbać o siebie? Może przełamię trochę nieśmiałość i będzie mi łatwiej nawiązywać kontakty z innymi? Nawet jeśli będę musiała na to poczekać, to nic. Mogę z tym żyć. Nie musi być idealnie bo… i tak wszystko u mnie w porządku.

Coraz częściej patrzę też na naszego samotnego kaktusa na parapecie i mam ochotę sprawić mu towarzystwo. Kupiłabym sobie monsterę, zamioculcasa i może jakieś storczyki. W końcu jestem coraz lepsza w dbaniu o rośliny, prawda? 🙂

Ten wpis jest bardzo osobisty. Jak zawsze, jestem ciekawa tego, co o nim myślisz, czy masz podobne doświadczenia i czy jest coś, o czym chciałabyś mi po przeczytaniu tego wpisu opowiedzieć.

Każdy komentarz jest dla mnie ważny – a jeśli wolisz porozmawiać o tym w cztery oczy, zawsze możesz napisać do mnie maila: kontakt@mikrozycie.pl 🙂